Czasem trafia do mnie coś, co zmienia sposób patrzenia na temat, o którym piszę od miesięcy. Tym razem to list — a właściwie jego zdjęcie, przesłane przez źródło, które od dłuższego czasu monitoruje działalność rosyjskich fundacji "miękkiej siły" w Europie. Datowany na 24 sierpnia 2026 roku dokument dotyczy Fundacji Gorczakowa i jej finansowania dla struktury o nazwie International Association of Political and Electoral Experts (IAPEE), kierowanej przez niejakiego Vito Grittaniego.
Kwota, o jakiej mowa, to 50 milionów rubli (ok. 2,15 mln zł według orientacyjnego kursu — oficjalny handel rublem jest obecnie zawieszony w polskich kantorach z powodu sankcji, więc przelicznik traktuję poglądowo). Podział jest precyzyjny: 35 milionów rubli (ok. 1,5 mln zł) na "zaplecze materiałowo-techniczne" niezależnej obserwacji oraz pracę ekspertów, kolejne 15 milionów rubli (ok. 645 tys. zł) na szkolenia dla przyszłych obserwatorów międzynarodowych. Zagraniczna struktura zobowiązuje się przy tym rozliczać z wydatkowania środków bezpośrednio przed stroną rosyjską.
Kim jest IAPEE?
To akurat najciekawszy element całej układanki. Organizacja powstała w Moskwie w kwietniu 2026 roku. Już we wrześniu ogłosiła, że zaangażowała ponad 250 międzynarodowych obserwatorów do wyborów w Rosji. Kilka miesięcy wystarczyło, by zbudować strukturę zdolną wystawić poważną, formalnie niezależną misję obserwacyjną — w praktyce całkowicie podporządkowaną i finansowaną przez Federację Rosyjską.
Nieprzypadkowo dzieje się to w tygodniu, w którym w Rosji trwają wybory do Dumy Państwowej — głosowanie zaplanowano na 18–20 września. Przygotowania do międzynarodowej obserwacji tych wyborów rosyjska strona prowadzi już od lipca, zapraszając delegacje m.in. z Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym czy Ligi Arabskiej — czyli partnerów, którzy z definicji nie będą kwestionować wyniku.
Fundacja Gorczakowa to nie żadna neutralna organizacja charytatywna
Warto to sobie jasno powiedzieć. Fundacja została powołana przez rosyjskie MSZ z konkretnym celem: budowania za granicą klimatu społecznego, politycznego i biznesowego przychylnego Rosji. To jeden z ośrodków rosyjskiej "miękkiej siły", nie żaden bezinteresowny grant-maker.
W dokumencie zastrzeżono formalnie, że środków nie wolno przeznaczać na "bezpośrednią agitację polityczną". Tyle że sam katalog dozwolonych wydatków — logistyka obserwacji, praca ekspertów, szkolenia — dotyczy wprost procesu politycznego. Fundacja nie płaci za reklamę konkretnej partii. Płaci za tych, którzy po wyborach publicznie ocenią ich przejrzystość, legalność i zgodność ze standardami demokratycznymi. To subtelniejsze, ale równie skuteczne.
Mechanizm korupcji instytucjonalnej
Finansowanie szkoleń i pracy "obserwatorów" przez fundację powiązaną z rosyjskim MSZ tworzy klasyczny mechanizm uzależnienia finansowego. A to kłóci się z fundamentalną zasadą międzynarodowej obserwacji wyborów — misje mają być niezależne, bezstronne i wolne od konfliktu interesów. Na tym opierają się standardy OBWE/ODIHR i Unii Europejskiej.
Nie jest to zresztą odosobniony ruch Kremla. Partia rządząca w Rosji od miesięcy pracuje nad podobnym rozwiązaniem na własną rękę — w styczniu 2026 roku Jedna Rosja ogłosiła plany stworzenia partyjnej "sieci profesjonalnych obserwatorów międzynarodowych", odrzucając uznane instytucje jak OBWE/ODIHR jako "prowokacyjne" i zastępując je dwustronnymi porozumieniami między partiami. IAPEE wpisuje się w ten sam schemat, tyle że działa pod płaszczykiem formalnie niezależnej organizacji pozarządowej, a nie partyjnej struktury — co czyni go trudniejszym do zdemaskowania.
Po co to wszystko Moskwie?
Odpowiedź jest prosta i, moim zdaniem, dość niepokojąca. Chodzi o budowę trwałej, opłacanej z góry sieci "ekspertów elektoralnych", którzy w przyszłości będą się pojawiać przy wyborach i referendach w innych krajach, na terytoriach okupowanych albo tam, gdzie Rosja będzie potrzebować alternatywnej międzynarodowej oceny. Innymi słowy — równoległego systemu legitymizacji, który w odpowiednim momencie posłuży do podważania ustaleń OBWE, UE czy innych wiarygodnych misji.
Dzięki przeszkolonej i opłaconej sieci zagranicznych "ekspertów" Moskwa zyskuje możliwość prezentowania dowolnego procesu wyborczego — także tego na okupowanych terenach Ukrainy — jako "uznanego przez społeczność międzynarodową". Nawet wtedy, gdy poważne, rzeczywiście niezależne misje obserwacyjne stwierdzają poważne naruszenia.
Dlaczego to powinno obchodzić czytelników w Polsce
Bo ten mechanizm nie zostanie w Rosji. To model eksportowy — gotowy do użycia przy okazji kolejnych "referendów" na okupowanych terytoriach, wyborów na Białorusi czy w krajach, w których Kremlowi zależy na alternatywnej narracji wobec ocen Zachodu. Warto wiedzieć, że taka infrastruktura już istnieje i jest finansowana — zanim zobaczymy jej pierwszych "ekspertów" na konferencji prasowej.
Dokument, na który się powołuję, pozostaje na razie materiałem źródłowym pojedynczej korespondencji — będę starać się go dalej weryfikować i, jeśli pojawią się nowe informacje, zaktualizuję ten wpis.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)