Amelia Wozniak Amelia Wozniak
185
BLOG

Pałac zamiast procedury. Prezydent, który z urzędu robi pięść

Amelia Wozniak Amelia Wozniak Polityka Obserwuj notkę 10
Głowa państwa ma pilnować konstytucji. Karol Nawrocki coraz częściej wygląda jak strona sporu, która zamienia autorytet urzędu w narzędzie nacisku

Zacznijmy od rzeczy prostej: prezydent Rzeczypospolitej nie jest uczestnikiem partyjnej bijatyki. Jest – tak mówi konstytucja – strażnikiem jej przestrzegania. Dlatego scena, w której Karol Nawrocki zjawia się pod gmachem Trybunału Konstytucyjnego, przed którym trwa protest i dochodzi do starć z policją, powinna budzić niepokój nawet u tych, którzy z przyjemnością patrzą mu na ręce w innych sprawach.

Narzędzia były. Wybrano nacisk

W państwie prawa spór o skład sądu konstytucyjnego rozstrzyga się procedurą: uchwałą, wnioskiem, orzeczeniem, a w ostateczności zmianą ustawy. Nawrocki ma w ręku sporo instrumentów. Może przyjąć ślubowanie albo wskazać, jakie konkretnie wady dostrzega w wyborze sędziów, i zrobić to na piśmie, tak aby można było to sprawdzić. Może zaskarżyć ustawę, zawetować ją, wystąpić do Trybunału. Tymczasem od miesięcy obserwujemy zupełnie inną metodę: odkładanie, niedomówienie, a teraz osobistą obecność tam, gdzie atmosfera jest już naładowana.

Nie wiemy, co dokładnie prezydent powiedział sędziom w gmachu przy Szucha, i uczciwość nakazuje to zaznaczyć. Szef jego kancelarii Zbigniew Bogucki przekonuje, że Nawrocki chciał po prostu spotkać się z sędziami, którzy tam przebywali. Ale polityka nie jest zbiorem intencji, tylko skutków. Kiedy głowa państwa pojawia się w środku konfliktu o to, kto może wejść do budynku, jej obecność przestaje być neutralna. Staje się sygnałem dla jednych i presją dla drugich.

Ślubowanie jako broń

Spór o rotę ślubowania mógłby wyglądać na formalność, gdyby nie to, że od roku służy jako wygodny zawór. Prezydent przyjął ślubowanie od dwóch z sześciu sędziów wybranych w marcu i, jak mówił, wybrał ich po „zważeniu racji”. Problem w tym, że konstytucja nie wyposaża go w prawo wyboru: nie jest on recenzentem Sejmu. Kiedy tłumaczy, że zaprzysiągł dwóch, żeby Trybunał „działał”, w istocie przyznaje, że sam decyduje o tym, ilu sędziów wystarczy. Dla sądu konstytucyjnego, którego legitymacja ma pochodzić z prawa, a nie z dobrej woli jednego urzędu, to bardzo zła wiadomość.

Gdy sędziowie, widząc blokadę, składają ślubowanie w Sejmie, a odpis z notarialnym podpisem wysyłają do Pałacu, prezydent mógłby po prostu odpowiedzieć na to jako urzędnik: przyjąć dokument albo wskazać, na jakiej podstawie go odrzuca. Zamiast tego pojawia się cisza, a po niej – scena pod Trybunałem. Tak się nie rozwiązuje sporów prawnych. Tak się je podtrzymuje.

Cena płaci instytucja

Największą ofiarą nie jest żadna z politycznych stron, tylko sam Trybunał. Jego autorytet zależy od tego, czy obywatele wierzą, że w jego murach rządzi prawo. Tymczasem w środę ten gmach stał się placem, na którym policja rozdziela demonstrantów, a sędziowie wchodzą pod eskortą. Minister Waldemar Żurek informował, że dwóch sędziów otrzymało ochronę Służby Ochrony Państwa, i mówił o użyciu siły wobec sędziego Macieja Bereka wewnątrz budynku. Takich zdań o sądzie konstytucyjnym w demokratycznym państwie nie powinno się wypowiadać.

Sam minister nie jest tu bez winy: jego zapowiedź, że prezydent „pewnego dnia” może odpowiedzieć przed Trybunałem Stanu, brzmi bardziej jak retoryka niż plan. Trybunał Stanu wymaga większości dwóch trzecich w Zgromadzeniu Narodowym, a tej koalicja nie ma. Ale to właśnie dlatego odpowiedzialność za deeskalację spoczywa przede wszystkim na tym, kto ma większą władzę symboliczną. Prezydent ma ją większą niż którykolwiek minister.

Argument Pałacu i jego słabość

Żeby było uczciwie: Pałac ma swój argument i warto go przytoczyć w całości. Bogucki przekonuje, że przez lata nikt nie miał wątpliwości, iż ślubowanie składa się w obecności prezydenta, i że zmieniło się to dopiero teraz. Ustawa o statusie sędziów Trybunału rzeczywiście mówi o ślubowaniu wobec głowy państwa. Gdyby prezydent zaproponował, że rozstrzygnie tę wątpliwość w drodze wniosku, orzeczenia czy ustawowego doprecyzowania, jego stanowisko byłoby co najmniej dyskutowalne.

Problem w tym, że przez cały czas widzimy coś innego. Argument prawny pojawia się obok gestów, które z prawem mają niewiele wspólnego: wizyty w gmachu w dniu protestu, wypowiedzi o „sędziach raptusach”, zwlekania z decyzją, która przecież mieści się w kompetencjach jednego urzędu. Kiedy prawo służy jako parawan dla nacisku, przestaje chronić kogokolwiek, także tego, kto się nim posługuje.

Co mogłoby to przerwać

Nie trzeba wielkiego gestu. Wystarczyłoby, żeby prezydent opisał publicznie, jakich warunków oczekuje od sędziów, i zaproponował konkretny termin. Wystarczyłoby, żeby Pałac odpowiedział na notarialne ślubowania pismem, a nie milczeniem. Wystarczyłoby, żeby ktoś w Pałacu wyraźnie oddzielił krytykę rządu od osobistego udziału w sporze, w którym sądy mają być sądami.

Dopóki tego nie ma, trudno uciec od wrażenia, że Karol Nawrocki przyjął rolę, jakiej w polskiej konstytucji nie przewidziano: nie arbitra, lecz uczestnika. A uczestnik, który nosi tytuł głowy państwa, nie jest jednym z graczy. Jest ciężarem, który przechyla stół.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (10)

Inne tematy w dziale Polityka