"Hi, my name is Peter Broderick and I will play some music for you tonight" - powiedział, ukłonił się i po prostu zaczął grać. A wtedy tak jakby ze skromnego chłopca z zaczesaną grzywką wyłonił się Wielki Artysta. Artysta przez duże A. To był tak genialny koncert, że brakuje mi tchu. Scena pod Minogą nie zawiodła. Właściwie nigdy nie zawodzi. Ale tym razem to było Coś.
Everybody seems so sad and it's making me heavy (...)All we need is a little sunshineCome on, I thought the world was getting warmer Out there it's cold and wet Like bottom of the ocean With the pressure squeezing our heads - zaczał cudowną "Sideline"
Uwielbiam gdy na koncertach jest taki klimat, dziwna nitka porozumienia pomiędzy artystą, który tworzy domową atmosferę, a publicznością, która staje się cząstką tego występu. Pełne zrozumienie. To naprawdę rzadka umiejętność i niektórzy artyści, paradoksalnie, nawet po wielu latach grania nie potrafią zrobić nic, by publiczność zakochana przecież w tej właśnie muzyce, oprócz radości słuchania, poczuła coś jeszcze. Prawdziwy artysta to nie tylko taki, który wychodzi na scenę i zatapia się w swojej twórczości, prawdziwy artysta tworzy dla tych, którzy przyszli dla niego.
Pamiętam, gdy kiedyś na koncercie Norah Jones w nowojorskim Madison Square Garden, który mieścił tysiące ludzi potrafiła wyczarować klimat intymności. Opowiadała o swoim pierwszym miejscu w Nowym Jorku. Maleńkim niczym pudełko od zapałek pokoju, w którym, by otworzyć szafę, musiała złożyć łóżko. Nowojorczycy, jak chyba nikt inny, wiedzą wszystko o miniaturowym życiu, śniadaniach w Starbucksie, lunchach na mieście i kolacjach w restauracji po drugiej stronie ulicy, bo przecież nie zawsze w apartamencie znajduje się kuchnia ;-)
Wracając do koncertu. Występ poprzedziła projekcja filmu An Island ukazującego sposób tworzenia muzyki przez duńską grupę Efterklang, w której okazyjnie grywał Broderick. Płyną na wyspę w poszukiwaniu inspiracji. Zbieracze dźwięków. Natchnieniem dla ich cudownej twórczości może być odgłos rąbanego drewna, dłoni dudniącej po metalu, trawa uginająca się pod stopami, krople deszczu zbierające się na dłoni, dźwięki natury.. Wydobywając z nich najprostsze , najgłębsze i najgenialniejsze brzmienia tworzą muzykę niepowtarzalną. Sielankową atmosferę tworzenia w pomieszczeniach gospodarczych, drewnianych stodołach i innych dziwnych miejscach doskonale da się wyczuć w ich ciepłych, elektronicznych dźwiękach. Post rock w wyjątkowym wydaniu.
A więc czuję niedosyt tego cudownego człowieka. Multiinstrumentalisty. Kompozytora. W moim mniemaniu geniusza, który od gry na skrzypcach, przez fortepian, gitarę, na pile(?) poprzestając, nie ważne na czym gra, robi to genialnie. Ma fenomenalne poczucie humoru. Zaskakuje. W pewnym momencie przedziera się przez publiczność i zaczyna grać na skrzypcach gdzieś z tyłu, w ciemności. To artysta, który ukradł moje serce całkiem niedawno i chcę, żeby miał je już zawsze.
Jeszcze teraz przechodzą mnie ciarki, gdy myślę o tym, jak w pełnym skupieniu kładzie ręce na fortepianie i oddaje się muzyce. Choćby chciał, nie potrafiłby ukryć, tego co najważniejsze: oddanie, pasja i prawdziwość. Jest taki prawdziwy.
Hey, Peter, you say goodbye too often….




Komentarze
Pokaż komentarze (1)