Czasami bywa tak, że nagle nie wiadomo dlaczego zależy nam na lekturze jakiejś książki... Nie ważne czy to kwestia przychylnej recenzji, ciekawych fragmentów
na które gdzieś natrafiliśmy czy rekomendacji znajomej osoby. Tak czy siak nagle pojawia się potrzeba przeczytania TEJ książki. Tak było ze mną parę dni temu - sesja w toku, a mimo tego znalazłem jakoś trochę czasu (a przede wszystkim chęci), żeby zapoznać się z nową książka Jadwigi Staniszkis "Ja. Próba rekonstrukcji".
Zaczęło się od interesujących fragmentów publikowanych w "Dzienniku" - to dość nietypowe gdy znana w świecie naukowym persona opisuje swoje życie osobiste. To ciekawe zapoznać się z osobistymi przemyśleniami jak to niektórzy określają "pierwszej damy polskiej socjologii".
Pierwsze strony naprawdę intrygują - o ile ktoś nie przerazi się przesadnie naukowego języka, którym się posługuje Staniszkis (jeśli jednak ktoś zna jej twórczość, czytał wywiady z nią, czytał jej felietony to pewnie niczego innego się nie spodziewał po książce, nawet po tej traktującej o życiu osobistym). Jednak wraz z każdym przeczytanym rozdziałem rosła moja irytacja. Przede wszystkim irytowały się powtarzające wątki. Po drugie zbyt dużo się pojawiło dygresji i treści, które raczej powinny znaleźć się w kolejnej typowo naukowej książce Staniszkis. To jednak nic - rozczarowanie przynoszą kolejne odczucia typu: "chwila, ale ja to już gdzieś czytałem". Tak, wiele fragmentów (mam wrażenie, że najciekawszych) tej książki zostało wcześniej opublikowanych w "Dzienniku" - jeśli ktoś nie czytał, to żaden problem. Natomiast gdy ktoś czyta na bieżąco "Dziennik" to zaczyna się zastanawiać po co drugi raz płaci za te same teksty? Książka w twardej oprawie kosztuje 39 zł. Liczy sobie 253 strony - jednak przy zakupie można było mieć nadzieję, że na tych 253 stronach
Staniszkis mogła zawrzeć więcej niż niektórzy w parę razy grubszej książce. Ale te 253 strony wcale nie są zapisane maczkiem. Duża czcionka, szerokie marginesy, puste strony między rozdziałami, liczne zdjęcia Staniszkis... Niestety widać, że ta książka została napisana w 2 miesiące. Dobrze to co mamy na tych pozostałych zapisanych stronach? Około 40 stron zajmują wywiady, które już się ukazały kiedyś w dodatku do "Dziennika" - "Europa". Również fragmenty 4 i 5 rozdziału były już publikowane w prasie... Czytelnik może być również zdziwiony kiedy koło 220 strony dochodzi już do... zakończenia. Okazuje się, że ostatnich 20 parę stron to aneks zawierający wcześniejsze zapiski poczynione przez Staniszkis w czasie jej podróży... Ni z tego ni z owego mamy do czynienia z jakimś dziennikiem podróżniczym... Ostatecznie wychodzi na to, że coś nowego, coś exclusive z czym można się zapoznać kupując książke to pewnie raptem 100 stron. 100 stron za 40 zł (w moim przypadku)? Dość zaporowa cena na kieszeń polskiego studenta...
Nie neguję tego, że "Ja. Próba rekonstrukcji" to w pewien sposób ciekawa książka, która może trochę poszerzyć horyzonty czytelnika - krytykuję za to wciskanie czytelnikowi odgrzewanych kotletów... Rozumiem, że w jakiś sposób należało zachęcić do kupna tej książki - ale po co wydawać pieniądze skoro najciekawsze fragmenty już się czytało?
Także jeśli jesteś regularnym czytelnikiem "Dziennika" - może jednak sobie daruj kupno tej książki. W przeciwnym razie MOŻE spróbuj sięgnąć po tę książke - jeśli nie przerazi Cię dość hermetyczny język Staniszkis to możesz być usatysfakjcjonowany lekturą... Ja nie odradzam ale i nie zachęcam...





Komentarze
Pokaż komentarze