Kolejowym półświatkiem wstrząsnęła dzisiaj wieść straszliwa. „Spadło, spadło, strasznie spadło!” obwieścił Rynek Kolejowy.
Ogólna wymowa jest taka, że kolej w I kwartale bieżącego roku kolej straciła, w porównaniu do odpowiadającego okresu roku ubiegłego, 6,8 miliona pasażerów. W mniej groźnych jednostkach, oznacza to, że kolej straciła średnio 76 tysięcy pasażerów dziennie.
Biorąc jednak pod uwagę iż:
1. naprawdę groźnie wyglądające spadki ma Intercity – nieco ponad 4 miliony pasażerów;
2. naprawdę groźne spadki zanotował przewoźnik „dedykowany” połączeniom dalekobieżnym;
3. naprawdę duży, dalekobieżny szczyt (Wielkanoc!) przypadał rok temu w innym kwartale;
można przestać się bać. A na pewno bać się mniej.
Czujne służby prasowe PKP Intercity, nazywane przeze mnie pieszczotliwie i prywatnie departamentem dezinformacji i propagandy, oceniły „trynd” jako wynik niezdrowej, by nie powiedzieć niedopuszczalnej, by nie rzec „opartej na kanibalizmie”, konkurencji. Na kolejowym rynku oczywiście:
Wyniki wskazują na to, że na polskim rynku kolejowych przewozów pasażerskich mamy do czynienia z modelem konkurencji, który jest nieefektywny i nie stymuluje wzrostu przewozów. Konkurencja jest dobrym zjawiskiem, ale nie wtedy, gdy staje się celem samym w sobie.
Patrząc na liczby bezwzględne – nawet się zgadza. Intercity zanotowało czteromilionowy spadek liczby pasażerów. Przewozy Regionalne jako argument za InterRegio podają cztery miliony pasażerów korzystających z „kanibalistycznych” połączeń.
Tyle, że zgadzało się do 18-tej, kiedy to Rynek Kolejowy zamieścił kolejny komentarz wiadomych służb:
Rzecznik Prasowy PKP Intercity, Paweł Ney, zwraca także uwagę na fakt zmiany w metodologii tworzenia statystyk przewozowych. – W tym roku liczba pasażerów korzystających z ulgi 80 i 99 procent spadła o 2,5 mln osób.
Przeliczmy. Cztery miliony minus – przeszacowane niesłuszną metodologią – dwa i pół daje debet na poziomie półtora miliona. Patrząc na pierwszy tych samych służb komentarz – „wcięło” cztery.
No to gdzie jest dwa i pół miliona pasażerów, których nie było ani w TLK, ani w „morusiowych kiblach”?
No przecież nie w panaaronowych busach! Nawet jakby autobusowe przystanki do wyklepania sprowadzali, to nie ma takiej możliwości, żeby przewieźć taką liczbę pasażerów przy pomocy tych wyklepanych przystanków.
Ci pasażerowie siedzą w domach, albo ruszają się – jak już naprawdę muszą – po asfalcie. Dokładnie tak jak ja oraz pół miliona innych, odciętych przez PKP Intercity od kolei, okolicznych mieszkańców.
Jest też druga, mniej zabawna konkluzja, która – mam nadzieję – nie spali przygotowywanej w mozole prywatyzacyjnej strategii PKP Intercity.
Otóż najwięcej na akcjach przewoźnika będą mogli zarobić ci, którzy odpowiednio wcześnie wejdą w posiadanie informacji o zmianie na stanowisku rzecznika spółki. A jeszcze więcej, na instrumentach pochodnych, zarobią ci, którzy wiedzą, iż w wielkiej kolejowej rodzinie oznacza to wycofanie się na z góry upatrzone pozycje. Do jakiegoś zarządu albo innej rady nadzorczej.
Ministrze Grabarczyku, jego zastępco, Engelhardtcie oraz prezesie Wachu: nie idźcie tą drogą. Zagroźcie oddaniem taboru z pakietem. Albo tylko samego rzecznika.
Moraczewski wymięknie. Zapewniam.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)