Pomimo dwukrotnego zalania, grządki się radośnie zielenią. Choć nie tylko – tu czerwone kalarepki, tam buraczkowe buraczki. Nawet czerwieniejący pomidor na jednym z krzaków wypatrzyłem. Jego dni są policzone...
Ponieważ po przaśnym obiedzie (babcia zwinszowała sobie młode ziemniaki ze skwarkami i koperkiem) zostało sporo swojskiego kwaśnego mleka – naszło mnie na chłodnik. Przerwałem więc trochę buraków, takich całkiem niewyrośniętych, żeby wystarczyło zaparzyć zamiast gotować.
Do tego garść rzodkiewek, jedna kalarepka, jeden ogórek surowy, jeden małosolny, koperek, natka pietruszki i selera, cebulka razem ze szczypiorem. Plus kilka ząbków ubiegłorocznego czosnku, sól, pieprz, cukier cytryna. Bezpośrednio po wymieszaniu babcia oceniła wynik pozytywnie.
Strach się bać, jak będzie smakowało, po przegryzieniu się w lodówce. Pomyśleć, że razem z buszowaniem po grządkach przygotowanie pyszności zajęło 20 minut. Najbardziej w takim kucharzeniu (bo gotowaniem nie można tego nazwać ;) podoba mi się, że to jest jedyny taki chłodnik.
Następnym razem ponarywa mi się przecież dóbr wszelakich w nieco innych proporcjach.


Komentarze
Pokaż komentarze