3 obserwujących
11 notek
40k odsłon
2072 odsłony

Badylarz, czyli ogrodnik socjalistycznie niepoprawny

Badylarze, czyli ogrodnicy, byli w w PRL zalążkiem wolnego rynku. Fot. NAC
Badylarze, czyli ogrodnicy, byli w w PRL zalążkiem wolnego rynku. Fot. NAC
Wykop Skomentuj32

Mimo udanej kampanii wzbudzenia społecznej antypatii do nich, władzom Polski Ludowej nigdy nie udało się skutecznie wyplenić badylarzy i prywaciarzy. Nie tylko dlatego, że dostarczali oni często produkty pierwszej potrzeby, których w sklepach nie było. Ludzie zdawali sobie sprawę, że to nie socjalistyczna gospodarka, lecz wolny rynek prowadzi do dobrobytu. A badylarze są jego enklawą – to tak naprawdę ludzie przedsiębiorczy i uparci, którzy mają w sobie trochę mniej strachu przed monopolem władzy.

W latach 50. XX wieku przymuszono do kolektywizacji – czyli przekształcenia indywidualnych gospodarstw chłopskich w spółdzielnie, odpowiedniki kołchozów – rolników we wszystkich krajach bloku sowieckiego z wyjątkiem Polski.

Nasi dzielni chłopi okazali się bardziej oporni, choć do łączenia gruntów zmuszano ich na wiele sposobów: poprzez kontyngenty (obowiązkowe dostawy żywności) czy domiary (zwiększone obciążenia podatkowe, doprowadzające chłopów do bankructwa), przez rewizje i niszczenie mienia po szykany, aresztowania i więzienia. A mimo to do 1951 r. powstało tylko około 2200 spółdzielni, zajmujących zaledwie 0,8% gruntów rolnych. Po wprowadzeniu przywilejów dla spółdzielców, liczba ta wzrosła w 1955 r. do 9800 spółdzielni obejmujących 9,2% pól uprawnych w Polsce. Ale osiągały niższą produkcję z 1 hektara ziemi niż przeciętne gospodarstwo indywidualne! Tak samo, jak tworzone równolegle państwowe gospodarstwa rolne (PGR-y zajmowały ok. 10% powierzchni upraw).

Co gorsza, nakłady państwa w czasie prowadzonej przez ZSRR wojny koreańskiej szły głównie na przemysł zbrojeniowy, na wsiach brakło podstawowych narzędzi, maszyn, nawozów sztucznych i środków owadobójczych (z tego powodu m.in. na ziemniakach plenił się pasożyt – stonka – co propaganda tłumaczyła opowieścią o dywersyjnym zrzucaniu szkodnika z amerykańskich samolotów, by niszczyły socjalistyczne rolnictwo). A w efekcie w miastach zabrakło żywności. Po 1956 roku Władysław Gomułka szybko zezwolił więc na likwidację spółdzielni i oficjalnie uznał prywatne rolnictwo jako specyfikę tzw. polskiej drogi do socjalizmu. W ten sposób zostawił Polakom bardzo ważną enklawę wolnego rynku – rolników i ogrodników, którzy dostarczali podstawowe artykuły, żywność, jakiej nie było w sklepach, czy nawet kwiaty na wszelkie uroczystości.

Baba z jajami i podmiejskie szklarnie 

handel w PRL
Handel w Warszawie. 1967 r. Fot. NAC

Przy czym w owym przyczółku działały jakby dwa nurty, różnie odbierane społecznie. Kim innym byli chłopi, którzy przyjeżdżali na miejskie rynki z mlekiem, serem, masłem, śmietaną, jajami, czy drobiem i prosiakami. Często zwykłymi drabiniastymi wozami z koniem, albo babcie w chustkach na głowach i kankami na plecach. Tu relacja była dobra, czasem współczująca, choć i nieraz z pewną zadrą, że ostatecznie to wieśniacy mają władzę nad miastowymi – ludźmi z aspiracjami, uciekinierami ze wsi. 

Ale była też grupa znienawidzona – tak zwani badylarze. Czyli ogrodnicy uprawiający często warzywa i kwiaty w szklarniach czy pod folią, tuż pod miastem. Kto z żyjących w tamtych czasach nie pamięta, z jakim poświęceniem zdobywało się tulipany i goździki na Dzień Kobiet czy Dzień Nauczyciela? Bo o różach można było pomarzyć. Albo „przepych” prywatnego warzywniaka?

W tej gospodarce niedoboru owi ogrodnicy często zarabiał o wiele więcej niż przeciętny Polak. Przy szklarniach mieli domy, w garażach samochody – przedmiot pożądania Polaków, na talony i przedpłaty. Chodziły legendy o dolarach, chowanych przez nich sprytnie np. w oparciach foteli – bo nie można było ot tak pójść sobie i założyć konto walutowe, a dolar był rzecz jasna lepszą lokatą niż podlegające ogromnej inflacji złotówki.

Rzecz jasna to pejoratywne określenie – badylarze – pomogła ukuć PRL-owska propaganda, która dorobiła im gębę „kapitalistów, którzy chcą się dorobić na polskiej biedzie” i „krwiopijców bogacących się kosztem narodu”. Najpierw tłumaczono fiasko w polityce rolnej czasu kolektywizacji chowaniem przez tzw. kułaków – jak nazywano rzekomo zamożnych chłopów – zboża i mięsa i rozpowszechniając ich karykatury. Potem na badylarzy (i tzw. spekulantów, którym zarzucano, że wykupują towar i sprzedają na rynku wtórnym po wyższej cenie) zrzucano braki żywności i wielu innych towarów w sklepach oraz konieczność wprowadzania kartek na coraz więcej rzeczy.

Kto się zamachnął na monopol państwa…. 

Ten przyczółek przedsiębiorczości był sprytnie stygmatyzowany. Małgorzata Tomaszkiewicz-Ostrowska w naukowym piśmie „ER(R)GO. Teoria Literatura Kultura” opisała jak robiono to w popularnej produkcji telewizyjnej: „Serial 07 zgłoś się wpisuje się w ramy socjalistyczne i jest tak bardzo socjalistycznie poprawny, że trudno to opisać. (…) Życie w PRL-u pokazane w serialu wydaje się być całkiem przyzwoite – jest niewiele kolejek, braków na rynku i prawie nie ma represji. Na ulicach nie ma bezdomnych, a problem bezrobocia praktycznie nie istnieje. Ludzie bez pracy są bezrobotnymi z wyboru, bo wolą czerpać zyski z nielegalnego handlu albo prostytucji. Milicja nigdy nie stosuje siły przeciwko obywatelom, jedynie delikatną perswazję. Równocześnie wszystkie aspekty rzeczywistości, które nie współgrają z doktryną socjalistyczną, są stygmatyzowane. W ostatnim odcinku kobieta, która jest »badylarzem«, kupuje namiętnie sztabki złota. Dowie się później, że są fałszywe, ale wcześniej pokazana jest, jak w midasowym zachwycie tuli swoje złoto. Taka akumulacja kapitału była powszechnie uznawana za niewłaściwą i piętnowana jako niemoralna”.

Dlatego wadzili jako „wrogowie kraju” i badylarze, i handlarze, i prywaciarze, jak z kolei nazywano rzemieślników i drobnych przedsiębiorców. Anita Blinkiewicz w Tygodniku TVP opisywała, jak w „Dzienniku Telewizyjnym” pokazywano spekulantów, badylarzy, prywaciarzy, ale i… chomikarzy. To ktoś nieco lepszy od spekulanta: kupował towary w nadmiernych ilościach, a potem wymieniał, wprowadzano więc limity dzienne sprzedaży

 „Działalność prywatnych zakładów rzemieślniczych jest społecznie przydatna, o ile ta grupa zawodowa nie bogaci się kosztem swoich klientów i państwa. Nie wiadomo, ilu mamy bezkarnie działających kombinatorów, którzy zarabiają miliony kosztem nas wszystkich – mówił reporter DT w 1984 r. I przekonywał, że ludzie ci mają wspólne cechy. – Są pazerni, bezwzględni w interesach, czują pogardę do innych, którzy mają mniej od nich – wyliczał”.


bazar PRL
Bazar - prawdopodobnie w Rembertowie pod Warszawą. Ok. 1955-1965. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Przykłady? „Handlarz sprowadzał dżinsy i sprzedawał je na bazarze za 11 tys. zł; krawiec »załatwiał« sobie atrakcyjne tkaniny, których nie było szans kupić na rynku. W połowie lat 80. przed sądem stanął człowiek, który codziennie rano kupował pieczywo w piekarni, a potem sprzedawał z zyskiem w miejscowości, w której nie było sklepu. To, że klienci byli zadowoleni, nie miało znaczenia”.

Jak mówił historyk ze Szkoły Głównej Handlowej dr Andrzej Zawistowski, władza nie mogła znieść, że ktoś łamie monopol państwa w obrocie jakimś towarem albo nie boi się brać spraw w swoje ręce. Bo „nie mogło być tak, że ktoś lepiej funkcjonował niż gospodarka centralnie sterowana”.

Zatem spekulantów ścigano i skazywano jak kryminalistów, a enklawie prywaciarsko-badylarskiej pozwolono istnieć, ale piętrzono jej trudności. Wprowadzano mnóstwo przepisów regulujących ich działalność, musieli starać się o koncesje, byli kontrolowani, utrudniano im najem lokali lub żądano wysokich czynszów. Odgórnie ustalano też ceny i marże, a na bazary co jakiś czas wysyłano milicjantów.

A mimo wszystko sobie poradzili. I po upadku PRL zaczęli prowadzić interesy w wielu, czasem zupełnie innych dziedzinach – szybko dostosowali się do zmian i budowali polski kapitalizmu.

BW


Wykop Skomentuj32
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka