3 obserwujących
14 notek
51k odsłon
4713 odsłon

Zaczynali w domowej kuchni, dziś jeżdżą maybachami

Bar w przyczepie kempingowej Niewiadów. Poznań 1974 r. Fot. NAC
Bar w przyczepie kempingowej Niewiadów. Poznań 1974 r. Fot. NAC
Wykop Skomentuj58

To co proste, z czasem staje się popularne, potem kultowe i rzecz jasna dochodowe. Tak, jak zwykła bułka zapiekana czy lody. Tak powstawała rodzima gastronomia.

Co to jest hot dog i z czego się składa dziś w Polsce wie każdy. Ale 40 lat temu, w PRL, nazwa ta prawie nikomu nic nie mówiła. I nikogo nie dziwił fakt, że na przykład na placu Zamkowym w Warszawie jako hot dogi sprzedawano bułki paryskie z wydrążonym środkiem, do którego wkładano smażone pieczarki z cebulką. Co najwyżej tych, którzy znali angielski (a takich – młodzi muszą uwierzyć na słowo – nie było wielu, w szkołach przymusowo uczono języka rosyjskiego) dziwiło, co to danie ma wspólnego z „gorącym psem”.

Ale były to pierwsze w PRL prywatne małe gastronomie, które musiały sobie radzić w gospodarce niedoboru. Nie było mięsa, a jeśli już, to reglamentowane – na kartki. Nie było więc i parówek, co dowcipnie uwieczniono w filmie „Miś” Stanisława Barei: gdy ktoś skradł wszystkie frykasy, jakie z gotującego się kotła mieli wyciągać bohaterowie nagrywanej historii, przeprowadzono partyjne dochodzenie, z publiczną nagonką partyjnego aparatu. Jego przedstawiciele krzyczeli z mównicy do zgromadzonej ekipy filmowej: „Parówkowym skrytożercom mówimy: NIE!”.

I w takiej rzeczywistości ktoś wpadł na pomysł, by parówki zastąpić czymś dostępnym – na przykład pieczarkami. To, że coś się podaje w bułce, podpatrzył zapewne jakiś góral podczas wyjazdu do rodziny w Chicago czy ktokolwiek „na saksach”, czyli wyjeździe zarobkowym do kapitalistycznego kraju. I zobaczył, że takie fast foody świetnie się sprzedają, zwłaszcza w miejscach obleganych turystycznie. Przy czym dziś, w dobie mody na wymyśle jedzenie sprzedawane na ulicy, tamte zapiekanki byłyby naprawdę slow food: smaczna bułka, rzadko mrożona, smaczne pieczary na maśle.

Gorąca buła z „mydelniczki”

A w Polsce i tak nikt nie wiedział nie tylko tego, co powinno być w hot dogu. Rarytasem były burgery, kupowało się mrożone i były z ryb – z mięsa mielonego robiło się kotlety lub tatara, było zbyt cenne na uliczne budy. Zaś zapiekanki, najpierwsze z pierwszych małych gastronomii, były sprzedawane z „keczukiem”, zanim powszechnie zauważono, że pisze się „ketchup” i czyta „keczap”(dziś już nazwa jest spolszczona do „keczup”).

Te zapiekanki – też z pieczarkami, ale posypanymi serem i wykończone owym „keczukiem” – w latach 80. szybko się rozpowszechniły. Bo też koniec epoki komunizmu to początek rozkwitu małej przedsiębiorczości. Były sprzedawane wszędzie, z budek – kiosków czy przyczep kempingowych zwanych „mydelniczką”, z wyciętym okienkiem do wydawania zapiekanek. Z czasem oferowano w nich także frytki.

Tanie jadłodajnie, czyli bary mleczne, prowadziło państwo, ale co bardziej przedsiębiorczy Polacy chcieli oferować (kiedy już mogli) coś nie tylko na kieszeń każdego – także coś dostępnego szybko, od ręki, co można zabrać ze sobą do pociągu, zjeść w kolejce oczekujących na PKS, na spacerze, na plaży, w drodze na zajęcia na uczelni czy po szkole. I co można sprzedawać wszędzie.

„Mamy w Warszawie 100 barów, w tej liczbie są też mleczne. Poza tym w 150 przyczepach można kupić zapiekanki” – informował przed latem 1987 r. Dziennik Telewizyjny, spodziewając się najazdu turystów. Liczba takich budek rosła błyskawicznie, bo też rozwojowi tej branży pomagały dość liberalne przepisy: produkty można było przygotowywać poza miejscem sprzedaży, a w nim nie trzeba było posiadać bieżącej wody.

Zapiekanki serwowano opieczone w małym piekarniku i były dobre, a czasem – zwłaszcza w latach 90. – odgrzewane w mikrofali, więc stawały się miękkie. Ale i tak wszyscy je kupowali. Wyrosły z tego dziś już kultowe miejsca zapiekankowe, jak w Poznaniu przy rynku, gdzie w nocy po metrową bułę ustawiają się ludzie bawiący się do rana w okolicznych knajpkach, czy jak w jeszcze bardziej znanym okrąglaku na placu Nowym na krakowskim Kazimierzu.

Rywalizacja z sajgonkami

Jak opowiadał dziennikarce TVP Anicie Blinkiewicz ( „Zapiekanki z keczukiem wprost z przyczepy kempingowej. Początki małej gastronomii” w tygodniku.tvp.pl) Andrzej „Endzior” Kamiński, który gastronomią trudni się od 1984 roku i był właścicielem minibaru z zapiekankami właśnie na krakowskim Kazimierzu, „zdobycie towaru było nie lada zadaniem i często graniczyło z cudem. Trzeba było mieć znajomości i wydeptać kręte ścieżki. Ale także samo menu z tamtego okresu dobitnie świadczyło o możliwościach rynku”.

Nie chodzi tylko o skąpo okraszone dodatkami bułki, ale cały asortyment: „Nieskomplikowane menu z tamtego okresu wspomina Urszula Ględała, która w Warszawie prowadziła kilka niewielkich punktów, m.in. przy Hali Banacha, na giełdzie samochodowej w Słomczynie i przy ulicy Górczewskiej. – Jeden rodzaj kawy z ekspresu przelewowego i herbata – opowiada”. Ale walka trwała. Kiedy np. brakowało soku do wody sodowej z saturatora – w PRL nieodłącznego elementu ulic latem – to uzyskiwano go… rozpuszczając w gorącej wodzie landrynki.

Wykop Skomentuj58
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka