3 obserwujących
14 notek
51k odsłon
2227 odsłon

Taxi, krawiec, but na wymiar. Pomysł i fach nie do przecenienia

Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC
Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC
Wykop Skomentuj22

Usługi w PRL były na różnym poziomie, ale zawsze poszukiwane. Co bardziej przedsiębiorczy potrafili na nich nieźle zarobić.

Przypomnijmy sobie te sceny z filmów Stanisława Barei, w których na postoju taksówek widzimy nie sznurek aut wypatrujących pasażera, jak dzisiaj, tylko kolejkę klientów czekających na korporacyjny lub prywatny samochód. A kiedy ten podjeżdżał, nie wsiadał do niego pierwszy klient z brzegu. Bo też nie klient dyktował, gdzie taksówka ma jechać.

To kierowca oznajmiał, dokąd się udaje, krzycząc na przykład: „Na Mokotów!”. I wtedy czym prędzej biegli do auta chcący jechać w tym kierunku, a zmierzający na Żoliborz czy Pragę dalej czekali w kolejce. Jeśli klientów na Mokotów było mniej niż miejsc w taksówce, kierowca zbierał kolejnych po drodze, na następnych postojach, bowiem przejazd z jednym pasażerem był mniej opłacalny – tak, wszyscy płacili oddzielnie całą stawkę za dojazd.

Żeby to zobrazować, zacytujmy dialog z filmu „Brunet wieczorową porą”:

– Wolny?

– Wolny. No gdzie?

– Na Słoneczną 5.

– Nie pytam, gdzie mam jechać, tylko gdzie pan się ładuje.

– A powiedział pan, że jest pan wolny?

– A jak. Wolna sobota to i wolny jestem. Nie robię.

To oczywiście obrazki przerysowane, ale taksówkarzom w PRL żyło się całkiem podobnie. Byli grymaśni i bogaci, nazywano ich wręcz złośliwie „złotówami”. Zwłaszcza tych prywatnych, bo korporacyjni to, jak w serialu „Zmiennicy” z 1988 roku – częściej marzyli tylko o profitach swej profesji.


PRL, fiat 125p, Rotunda PKO
Taksówka Fiat 125p w Warszawie, w tle Rotunda PKO, 1978 r. Fot. NAC


W PRL klientów było wielu, a taksówek mało. Dość powiedzieć, że w 1937 r. w stolicy jeździło 2146, a w 1955 r. tylko 450. Zaraz po wojnie samochodów w Polsce bowiem nie było, na taksi jeździli posiadacze starych niemieckich opli i amerykańskich chevroletów, a po Warszawie podobno nawet dwa cadillaki. Od lat 50. za taksówki robiły dostarczane nad Wisłę radzieckie pobiedy i potem produkowane na ich licencji w fabryce na Żeraniu warszawy, a od lat 70. – polskie fiaty 125p.

„Złotówa” to był ktoś

„Taksówki w tamtych czasach robiły za karetki, taksówkarze wspomagali pracę dziennikarzy telewizyjnych i urzędników państwowych. Żuki jako taksówki bagażowe przewoziły meble spod sklepów meblarskich. W lipcu lipca 1975 roku, kiedy do Warszawy przyjechał prezydent USA Gerald Ford, woziły jego delegację po mieście. W aucie Zatorskiego wylądowali trzej agenci ochrony, którzy najpierw sprawdzali miasto, a później jeździli za prezydentem. Ale były także kursy międzymiastowe, kiedy trzeba było do powstającej Huty Katowice dowieźć partię rękawic do pieców” – wyliczała Anita Blinkiewicz w artykule „Taksówkarz w PRL to był ktoś” (Tygodnik TVP).

Henryk Zatorski, stołeczny taksówkarz od 1971 roku, wspominał: – W umowie z MPT zapisane miałem, że trzeba jeździć pod krawatem, mieć schludną fryzurę. Za zadbany i czysty samochód były nagrody. Ale to był wolny zawód. Sam decydowałeś, kiedy zaczynasz pracę i kiedy kończysz.

Ten wolny zawód, ale na ogół prywatny, wybierali działacze opozycji – zwolnieni w latach 80. z pracy z „wilczym biletem”, utrzymywali siebie i rodziny właśnie z taksówki. Podobnie przedsiębiorczy bywali np. sportowcy, którzy kończyli kariery czy stawali się z różnych powodów niewygodni. Taksówkarzem w Warszawie był nawet podobno jeden generał, którego wyrzucono z wojska.

O pracy na taksówce marzyły też panie, jak Irena Majewska (w tej roli Lidia Wysocka) w filmie „Irena do domu” z 1955 roku, czy Kasia Piórecka (Ewa Błaszczyk), która w serialu „Zmiennicy” przebiera się za mężczyznę, by zatrudnili ją w MPT.

Praca miała minusy. Taksówkarz musiał perfekcyjnie znać topografię miasta, wręcz historyczną, bowiem – jak wspominał Zatorski – klienci „starej daty” chcieli jechać pod przedwojenne adresy, np. na plac Wilsona a nie na pl. Komuny Paryskiej. Choć to akurat przydało im się w latach 90., gdy owe nazwy wróciły.

Wśród plusów były też limity paliwa: w latach 80. właściciele dużych fiatów otrzymywali przydział 45 litrów miesięcznie, a prywatni taksówkarze mieli prawo do zakupu 250 litrów. To i tak było mało, więc co sprytniejsi zmieniali silniki na dieslowskie, bowiem olej napędowy nie podlegał reglamentacji. A kartki na benzynę sprzedawali pracownikom stacji benzynowych.

„Taksówkarze, jak niemal każda grupa zawodowa, byli mocno podzieleni. Jedni jeździli od słupka do słupka i zbierali z postoju klientów. Elita obsługiwała Dworzec Centralny i lotnisko. Ci stawiali z taksówek domy wielkości pałaców. Do Polski przylatywało wtedy masę obcokrajowców. Bywało, że klient wysiadł na Centralnym i zamawiał kurs do Krakowa. Płacił sto dolarów na rękę, średnia miesięczna pensja to było wtedy w Warszawie jakieś 30 zielonych, a taksówkarska elita potrafiła zrobić trzy takie kursy w tygodniu. Zatem ci najbardziej obrotni i najlepiej ustawieni wyciągali nawet ponad 1000 dolarów miesięcznie” – opisywała Dorota Kowalska (Polska The Times).

Wykop Skomentuj22
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Gospodarka