3 obserwujących
23 notki
67k odsłon
  2417   0

Taxi, krawiec, but na wymiar. Pomysł i fach nie do przecenienia

Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC
Postój taksówek przy ul. Marszałkowskiej w Warszawie, 1976 r. Fot. NAC

Nie byli więc biedakami, bo nowy fiat 125p kosztował w 1973 r. 1410 dolarów, a wozy musieli kupować. Po 1989 r., gdy uwolniono działalność gospodarczą z PRL-owskich ryzów, złota era w branży taksówkowej się zakończyła, ale jeszcze długo to klient czekał na postoju na taksówkarza, choć już nie tak kapryśnego. Samochodów było coraz więcej i rosła konkurencja. Jednak dawni taksówkarze mieli spory handikap, zakładali własne korporacje i opanowywali rynki. Z owych czasów zresztą do dziś każdemu zostało jakieś echo przekonania, że jak coś w życiu zawodowym nie wyjdzie, to zostanę taksówkarzem.

Fryzjerzy w PRL. Wałki, siatki i piwo

usługi w PRL
Zakład fryzjerski "Laurent" przy ul. Szpitalnej 5 w Warszawie, lata 70. XX wieku. Fot. NAC

W jednym z weekendowych wydań Gazeta.pl można przeczytać, że „w PRL-u fryzury były ciekawsze. Robiło się strzyżenie brzytewką, potem włosy nawijało się na wałki i rozczesywało. Z jednego zawinięcia można było zrobić masę fryzur. Poziom pracy był bardzo wysoki. Dzisiaj fryzjerstwo zeszło na psy. Klub Fryzjerstwa Artystycznego się rozleciał. Cech nikogo nie obchodzi”.

To wspomnienia Zbigniewa Kuty, mistrza fryzjerstwa z 60-letnim stażem, który swój zakład prowadzi w centrum Łodzi. Opisywał Honoracie Zapaśnik, jak się wtedy zaczynało taki biznes:

 – Ojciec kiedyś zapytał: „Zbychu, chcesz być fryzjerem?”. „Mogę być” – odparłem. Nie wiedziałem, na co się decyduję, bo w życiu nie byłem u fryzjera. (…) Podstawówkę skończyłem w czerwcu ‘59, a w lipcu już poszedłem do terminu. Miałem wtedy 13 lat. Praktyki trwały trzy lata i po egzaminach zostałem najmłodszym czeladnikiem w Izbie Łódzkiej od przeszło pięćdziesięciu lat. Zakład fryzjerski należał do mojego wujostwa. (…) Stałem i przyglądałem się temu, co robi mój wujek. Musiałem nauczyć się trzymać nożyczki w garści, a to nie jest takie proste. Śrubę trzeba mieć na zewnątrz, ostrza poziomo, ruch zgrać z grzebieniem. Godzinami stałem przy ścianie i ćwiczyłem, żeby ręce się wprawiły. (…) Kiedy po raz pierwszy przyszedłem do zakładu i zobaczyłem błyszczące ostrze niemieckiej brzytwy, to aż oczy zamknąłem ze strachu. (…) Ciężko szło. Kiedyś wujek kazał mi namydlić butelkę pędzlem. Postawiłem ją na szyjce i delikatnie zbierałem brzytwą pianę. Innym razem musiałem namydlić balon i go ogolić. Czasem się udawało.

Tak, ćwicząc i podglądając, dzisiejszy mistrz dostał się do zawodu, zdając egzaminy z teorii, praktyki, golenia, strzyżenia męskiego i damskiego oraz czesania. Nie było zbyt wielu szkół, jedna najlepsza w Warszawie, gdzie w latach 80. było 40-50 osób na miejsce.

Klientki u fryzjera czekały w kolejkach, czekając na modną wtedy trwałą. Przed weekendem tłoczyły się w zakładach, bo rzadko ktoś się umawiał – nie każdy miał telefon, a fryzjerzy nie robili zapisów, po prostu trzeba było przyjść i swoje odczekać.

Salony fryzjerskie i kosmetyczne nazywano zakładami. Nie przywiązywano wagi do designu, miały tylko spełniać wymogi sanepidu i być czyste. Rzemieślnicy musieli się dostosować do tego, co było na rynku. Sprowadzanie materiałów czy kosmetyków z zagranicy praktycznie nie wchodziło w grę.

Łódzki mistrz: – Było dwóch fryzjerów – Zbyszek i Hirek. Przed świętami szła kobieta do Zbyszka i pytała: „Jaki kolor jest modny w tym sezonie?”. Zbyszek odpowiadał, że wszystkie odcienie czerwieni. Inna pani pytała o to samo Hirka. „Zimne, niebieskie” – mówił. Dlatego że jeden mógł dostać czerwoną farbę, a drugi niebieską. Taka inspiracja. (…) Kiedyś każdy fryzjer męski miał u siebie golenie, strzyżenie, wąsy, brodę. Klienci mówili, czy chcą spiczastą bródkę, na łopatkę, krótszą czy dłuższą. Wąsy długie lub podkręcane. Co kilka lat moda się zmieniała. Raz strzygłem na „księcia Józefa”, innym razem „na Stalina”.

Wszyscy mistrzowie posiadający swoje zakłady musieli należeć do cechu, który dbał o poziom egzaminów fryzjerskich i organizował szkolenia, także z BHP czy higieny. W latach 50. powstał też Klub Fryzjerstwa Artystycznego, później przemianowany na Klub Postępu i Techniki. Podobne kluby otwierano w całej Polsce: uczniowie przychodzili do instruktorów, także przedwojennych mistrzów, na naukę z modelkami i modelami. – Ja też dzięki nim poznałem nowe fryzury, nauczyłem się lepszej techniki i innego spojrzenia. To była taka sztuka dla sztuki – opowiadał łodzianin, który uznał lata 70. za najlepszy okres w całej historii fryzjerstwa polskiego.

– Było bardzo dużo klientek. Na przykład bufetowe i kelnerki miały talony z PSS na usługi fryzjerskie, więc czasem zaczynało się pracę o 5 rano, a kończyło o 8 wieczorem. Przy takiej okazji jak bal sylwestrowy każda kobieta musiała być u fryzjera. Bo nie było dostępnych lokówek, suszarek, pianek do włosów – wspominała z kolei w „Kurierze Podlaskim” Krystyna Podolińska, tamtejsza fryzjerka od lat 50. i mistrzyni od 70.

Lubię to! Skomentuj24 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Gospodarka