Ostatnio dość głośno zrobiło się o badaniach Davida Adomio dotyczących genetycznych uwarunkowaniach decyzji politycznych. Zespół pod jego kierownictwem badał dwie grupy amerykańskich studentów. Jedną z nich stanowili ludzie o afiliacjach prawicowych, drugą lewicowcy. Adomio przeprowadzał eksperyment, w którym członkowie obu grup musieli w określony sposób reagować na czynniki zewnętrzne. Podczas badania ich mózgi (a raczej procesy w nich zachodzące) były monitorowane przez encefalograf. Do szerokiego odbiorcy- laika, z końcowych wniosków przebiło się głównie jedno zdanie (tu cytowane za Polityką, ale widziałem je w co najmniej dwóch innych artykułach na ten temat): "liberałowie [amerykańska lewica] bystrzej reagują na informacyjną złożoność, dwuznaczność i nowość". Prawica nie po raz pierwszy zżymała się na przyklejanie jej łatki głupków.
Nie jest to pierwsze tego typu znane mi badanie. Zapoczątkował je bodajże Adorno. W polskiej literaturze ślady różnic między prawica i lewicą, postrzeganych w optyce, czegoś, co popularnie można zaliczyć do IQ, można znaleźć u prof. Jakubowskiej "Ekstremizm polityczny". Moją intencją nie jest licytowanie się z prawicą, która ze stron ma więcej oleju w głowie. Aby oddać sprawiedliwość zawiadamiam więc od razu, iż wyżej przedstawione badania mówią też o tym, że ludzie prawicy są bardziej praktyczni, bardziej konsekwentni w działaniu, a więc i w osiąganiu celów, bardziej operatywni. Moja intencją jest natomiast przedstawienie faktu, iż jakieś różnice neurobiologiczne między amerykańską (bo wyżej wymienione badania przeprowadzane były w USA) lewicą i prawicą istnieją.
Przeglądałem również ostatnimi czasy wyniki ostatnich polskich wyborów samorządowych, parlamentarnych i prezydenckich. Reminiscencje jakich wydarzeń politycznych można dostrzec przyglądając się geografii wyborczej? -Zabory. Polska geografia polityczna to geografia zaborów. Takie fenomeny jak sąsiadujące ze sobą wsie, pomimo upływu dziesiątków lat od odzyskania państwowości, głosujące albo na Tuska, albo na Kaczyńskiego - w zależności w jakim zaborze leżała dana miejscowość - wcale nie należą do rzadkości. W nadchodzących wyborach "zaborowe" wyniki nikogo nie powinny dziwić.
Gdzie więc geny? Nigdzie. Polskie społeczeństwo, głównie paternalistyczne, głównie hierarchiczne ani myśli o indywidualnym podejściu do polityki, bo w gruncie rzeczy takie podejście zakłada koncepcja genetycznych uwarunkowań politycznych decyzji. Polska nie nadążyła za genami? Chyba niestety nie nadążyła. Wybór między lewicą a prawicą - światopoglądowy [humanistyczny], czy genetyczny [deterministyczny] - zakłada indywidualizm podejmowania decyzji. Polskie społeczeństwo nie lubi indywidualizmu. Lubi paternalizm i podporządkowanie. Podobnie jest oczywiście w niektórych częściach USA, gdzie południowe stany pixies głosują zwyczajowo głownie na konserwatystów. W pixies też nie lubi się indywidualizmu. W USA zjawisko głosowania "regionem"
Gdzieś w polskiej polityce zapomniano o polityczności mas. O nauczeniu ich polityczności. Masy głosują "zaborami" bo nikt im nie powiedział, że można inaczej. Gdzieś na początku lat 90., kiedy szalał Balcerowicz, a nowe elity napawały się tym, że wreszcie mogą być elitami "pełną gębą", zapomniano o tym, że jeszcze "pełną gębą" nie są obywatele. Nie komunikowano się z nimi, nie konsultowano się. Gdzieś w domyśle pozostawało stwierdzenie: "tak musi być, my jesteśmy elita, my wiemy, wy nie". Ważne kwestie nie były omawiane, poddawane w dyskusję. Nie były też perswadowane. Nikt z góry szczególnie nie zabiegał o perswadowanie czegoś masom. W takim postępowaniu było sporo zimnej kalkulacji i chłodnego realizmu. Nie możliwa była rozmowa z postpegierowcami o prywatyzacji, o mechanizmach wolnorynkowych, o demokracji. Bo jak wyjaśnić podstawowe kwestie dotyczące demokracji człowiekowi, który o demokracji słyszał tylko tyle, że istnieje w państwie ludowym. Cała klasa polityczna przeszła z tym do porządku dziennego. Przeszła do porządku dziennego z faktem, iż masy nie zrozumieją czym jest arena publiczna w nowym świecie. Uznała, że jeśli z postpegierowcem o gospodarce i o polityce rozmawiać się nie da, to po co uczyć jego dziecko, a może nawet jego samego, umiejętności tej rozmowy?
To jest moim zdaniem największy grzech III RP. Nie, zaniechana deubekizacja, nie prywatyzacja na szemranych warunkach, nie wprowadzenie religii do szkół, konkordat, uwłaszczenie nomenklatury, gazeta wyborcza, czy też polska. Największym grzechem było położenie lachy na nauczaniu polityczności. Największym grzechem było zaniechanie pracy u podstaw i zaprzepaszczenie szansy na w miarę szybkie zbudowanie młodego społeczeństwa obywatelskiego. Klasa polityczna III RP przyczyniła się walnie do tego, że mamy frekwencję w wyborach ledwie dobijającą 40 proc, że społeczeństwo trzeba bałamucić polską solidarną i polską liberalną.
Klasa polityczna III RP przyczyniła się do tego, że polskie społeczeństwo nie głosuje świadomie, nie głosuje nawet genami. Klasa polityczna przyczyniłą się do tego, że Polacy głosują zaborami.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)