Tym razem moc była po stronie Donalda "Donka" Tuska. Nie ma chyba co do tego specjalnego sporu. Jarosław był tak pewny zwycięstwa po ostatniej debacie z Kwaśniewskim, że nie szczególnie do spotkania z Tuskiem się przygotował. To było widać. "Donek" natomiast pracował ze spin doktorami chyba po 40 godzin na dobę. Miał przygotowaną odpowiedź na prawie każde pytanie i każdy zarzut ze strony premiera. Chociaż pod koniec starcia pojedynek się wyrównywał (podobnie było podczas debaty Kwaśniewski - Kaczyński, z tym, że wtedy fortuna sprzyjała temu drugiemu). Kaczyński kilka razy chlapnął coś, co wręcz prosiło się o złoślwe uśmiechy. Był zdenerwowany; Tusk raczej wyluzowany: ta sama asymetria co w debacie poprzedniej, z tym, że odwrócone pozycje- premier był w defensywie, Tusk w ofensywie.
Spotkanie było żywsze, publiczność lepiej przygotowana. Adwersarze siedzieli częściowo zwróceni do siebie licami, a nie profilami, jak podczas poprzedniej debaty. Dziennikarze chyba pozwalali na trochę więcej, co ogólnie wyszło in plus dla dramaturgii spektaklu.
Co moim zdaniem było najważniejsze w tej bebacie? -"To karty podwyższają jakość życia? -Ha Ha Ha"- Słowa (może niedokładnie zacytowane) Kaczyńskiego odwołujące się do pytania Tuska o Kartę Praw Podstawowych. Kaczyński ukazał swoją niewiarę w instytuje. Obnażył swoje stanowisko w sprawie deklaracji, kart, umów etc. -"Niech sobie będę. Ja w nie nie wierzę. Jak ktoś w nie wierzy to... ha ha ha"- takie słowa przemawiały przez rechot premiera. Tak jak niegdyś przez rechot Leppera przemawiała niewiara w możliwość zgwałcenia prostytutki. Doktrynę "instytucje ha ha ha" Kaczyński stosował wobec TK i służby cywilnej. Liczy się siła spryt i gra, a nie konwenanse prawno-politycze. W tych krótkich słowach Kaczyński ukazał jak daleko jest od polityki nowoczesnej, która nawet jeśli nie wierzy w karty, nigdy nie pozwoliłaby sobie na rechot.


Komentarze
Pokaż komentarze