Ostatnie orędzie Prezydenta wywołało wiele kontrowersji i burzliwych dyskusji. I nie mam tu na myśli dywagacji o prawach homoseksualistów do zawierania związków małżeńskich, niemieckich roszczeń związanych z ratyfikacją Traktatu lizbońskiego czy o talencie reżyserskim Jacka Kurskiego. Orędzie to, de facto będące spotem reklamowym, wywołało bowiem nieco poważniejszą refleksję na temat samego Prezydenta. A ściślej mówiąc na temat instytucji Prezydenta jako takiej, czy jest potrzebna co do swej istoty, czy zasiadanie na tym stanowisku ludzi reprezentujących tak wyraznie poglądy środowiska partyjnego z jakiego się wywodzi służy Polsce i Jej interesom. Refleksję na temat naszego systemu politycznego, jego wad i propozycji zmian.
Ostatnie orędzie Prezydenta wywołało wiele kontrowersji i burzlWyrazem tego może być dość ciekawy artykuł, który ukazał się na tym właśnie portalu ( polskaliberalna.net - przyp. red.) pod tytułem „Prezydenci – Główny hamulec reform”. Autor wyraża w nim przekonanie o szkodliwości działań Lecha Kaczyńskiego, konfrontacji interesów obu ośrodków władzy i wynikającym z tego paraliżu państwa jako instytucji niezdolnej podjąć istotne reformy, równocześnie postulując o zmianę systemu na parlamentarno-gabinetowy. Artykuł przekonuje nas, że winę za obecny stan rzeczy ponosi przede wszystkim system, który sam generuje konflikty i niejasności kompetencyjne a jego zmiana(uznana za ważny liberalny postulat) będzie cudownym remedium na sytuację polityczną i gospodarczą.
Z przykrością muszę stwierdzić, że temat –choć ważny- został potraktowany dość płytko a sam tekst wpisał się w jakże banalny nurt krytyki wszystkiego co chociaż trochę związane jest PiS-em. I choć rozumiem uwagi autora to jednak w pewnych kwestiach jestem zobowiązany podjąć z nim polemikę.
Zajmijmy się najpierw systemem, który jakoby ponosi winę za konflikty, czyli uregulowaniami konstytucyjnymi. Zacznijmy od tego, że sama instytucja Prezydenta kształtowała się w burzliwych czasach i stąd wynika to, że trudno ją dopasować jakiejś jednej, konkretnej wizji doktrynalnej. Ale twierdzenie, że: ”Kompetencje się krzyżują, nie wiadomo kto jest ważniejszy w jakiej sprawie. Prezydent chce dokopać rządowi i na odwrót. (...)Tak naprawdę mamy w naszym kraju swego rodzaju dwuwładze” jest dużym nadużyciem, które wręcz emanuje populizmem. Pozycja Prezydenta i rządu jest ściśle związana z panująca w Polsce zasadą dualizmu, czyli odrębnego funkcjonowania głowy państwa i Rady Ministrów. Zaś sama Konstytucja jasno stanowi, że domniemanie kompetencji w zakresie polityki państwa działa na rzecz RM, a nie Prezydenta(art.146 ust.2). Ponadto rząd pozostaje bezpośrednio powiązany(personalnie i politycznie) z większością sejmową, a zależność od Prezydenta ma wymiar bardzo ograniczony. Stosunki Prezydenta z Radą Ministrów dotyczą jedynie kształtowania składu personalnego rządu(w bardzo ograniczonym zakresie, uzależnionym od układu politycznego w Sejmie) oraz funkcjonowania rządu już istniejącego(gdzie kompetencje Prezydenta także są skromne i ograniczają się do zwoływania posiedzeń Rad Gabinetowych). Nieco bardziej skomplikowanie wygląda podział kompetencji w dziedzinie polityki zagranicznej lecz i tu nie ma jakieś tragedii interpretacyjnej, która nie pozwalałaby na odróżnienie zadań Prezydenta od zadań rządu. Zmierzam do tego, iż owszem, Konstytucja pozostawia pewne pole marginesu, na którym między Prezydentem a rządem może zaistnieć konflikt co do kompetencji, zwraca na to uwagę większość konstytucjonalistów, ale -na Boga- nie możemy twierdzić, jakoby panował w Polsce totalny nieład konstytucyjny, który paraliżuje działalność kraju na arenie międzynarodowej poprzez swoją nieścisłość, bo tak po prostu nie jest. Jak przedstawiłem powyżej przeprowadzenie linii podziału nie jest zajęciem ekstremalnie trudnym do naszkicowania, pewne wątpliwości budzi jedynie sfera polityki zagranicznej. Zakres kompetencji jest wyznaczony przez ustawę zasadniczą i choć nie jest on bez wad to w swej istocie pozwala na efektywne funkcjonowanie państwa, zaś sfery w których Konstytucja nie jest jednoznaczna tworzą wspaniałą przestrzeń do współpracy między ośrodkami władzy. Tu jedynie wkracza czynnik ludzki i osobiste cechy charakteru osób sprawujących najwyższe urzędy w państwie, wierzę, że to od nich zależy ostateczny kształt rozwoju kraju i żaden, nawet najdoskonalszy system nie uchroniłby przed nieudolnością samych polityków. Czy obecna para rząd-Prezydent współpracuje dobrze? To zupełnie inna kwestia. Za wcześnie na ostateczną ocenę tej kohabitacji ale odnoszę wrażenie, że jest na tym polu coraz lepiej. Nie ma już awantur o to, kto pojedzie na dany szczyt międzynarodowy, nie zapowiada się też na kolejne posiedzenia Rad Gabinetowych, mających pokazać komu bardziej zależy na ochronie zdrowia. Mało tego, okazało się ostatnio, że można mieć wspólne stanowisko nawet wbrew macierzystej partii. Jak na te cztery miesiące to niezły postęp w stosunku do tego jak się to partnerstwo zaczynało i całkiem dobrze rokuje na przyszłość, zwłaszcza, że Lech Kaczyński powoli zdaje się pojmować, że jedynie odsuwając się od brata i PiS-u ma jakiekolwiek szanse z Tuskiem w walce o prezydenturę w następnych wyborach..
Poruszę teraz kolejną kwestię przytoczoną w tekście „Prezydenci-Główny hamulec reform”, a mianowicie tezę, że system parlamentarno-gabinetowy jest tą liberalną formą demokracji, która najlepiej jest w stanie przeprowadzić śmiałe, liberalne reformy w danym państwie. I tu pojawia się moja wątpliwość, a mianowicie co sprawia, że to właśnie ten system został uznany za najbardziej sprzyjający liberalizmowi? Czyż nie taki panuje w Niemczech, Holandii, Danii czy Austrii uznawanych powszechnie za kraje socjalne? I czy rozkwit gospodarki liberalnej na ogromną skalę nie miał przypadkiem miejsca w USA – gdzie od zawsze panował system prezydencki? Inny przykład – nie notowany nigdy dotąd w historii rozwój gospodarki zawdzięczony jej liberalizacji ma miejsce obecnie w Chinach, gdzie o systemie parlamentarno-gabinetowym zapewne mało kto słyszał. Nie jestem zwolennikiem teorii, jakoby ustrój polityczny definiował to jak wyglądają w danym państwie stosunki gospodarcze, gdyż taka teoria w świetle powyższych przykładów jest nie do obrony. I tu wracamy do czynnika ludzkiego. To nie system polityczny gwarantuje ludziom dobrobyt lecz rzeczywista wola i dojrzałość elit politycznych sprawujących władzę. Można podawać przykłady państw będących demokracjami parlamentarno-gabinetowymi, które są bogate(UK, Japonia) i takich , które bogate nie są(Mołdawia, Zambia). To samo tyczy się ustroju prezydenckiego, czy nawet tak zwanych państw socjalistycznych; bogate i rozwijające się Chiny i uboga Korea Północna.
Podsumowując, nie uważam wcale, że polski ustrój jest optymalną formą funkcjonowania demokracji ale jeżeli pragniemy zmienić coś w otaczającym nas świecie musimy zacząć od drugiej strony, i nie marnować sił na próbę zmiany systemu(która wydaje się tak trudna, że niemal niemożliwa do przeprowadzenia w najbliższym okresie czasu). Najlepszym sposobem na spowodowanie wielkich i trwałych zmian jest działanie krok po kroku, konsekwentne wdrażanie małych reform, które w dłuższej perspektywie okażą się znacznie bardziej skutecznym narzędziem modernizacji państwa.
MAC
artykuł ukazał się również na www.polskaliberalna.net


Komentarze
Pokaż komentarze