Kontynuacja tematu z wczoraj.
Cytaty z książki-wywiadu "Edward Gierek : Przerwana Dekada", rozmowa z Januszem Rolickim, 1990.
s. 198-199
Jak Pan ocenia swoje przemówienie?
- Polityk musi osądzać każdy swój krok z punktu widzenia jego efektywności. A rezultaty mego wystąpienia były niestety mizerne. Jego emisja zbiegła się zresztą z owym sławnym skokiem Wałęsy przez mur do stoczni. Był to kryzysowy moment strajku z punktu widzenia jego organizatorów. Przemówienie swoje wygłaszałem w sobotę, a w poniedziałek strajk rozgorzał z nową siłą. W jego kontynuacji zainteresowane były różne ośrodki polityczne.
- Czy gdyby zakończył się on po Pańskim wystąpieniu, utrzymałby się Pan dłużej przy władzy?
- Niewątpliwie tak. Z punktu widzenia politycznego nie byłem jeszcze całkowicie przegrany, jeszcze byłem trudny do ruszenia. Dlatego też stwierdzam z całą mocą, że kontynuacja strajku była w absolutnym interesie nie tylko grupy Wałęsy, lecz także Kani.
- Czy złapał Pan Kanię za rękę?
- To było niemożliwe. Służby, którymi on właściwie kierował poprzez Milewskiego, z natury rzeczy są dla szefa państwa poza kontrolą. Nieznana jest ani liczba agentów, ani współpracowników, ani zwyczajnych konfidentów czy ludzi wykorzystywanych w roli prowokatorów. Z drugiej strony jest rzeczą historycznie absolutnie sprawdzalną, że we wszystkich krajach totalitarnych czy autorytarnych, a Polska była właśnie takim krajem, ruchy kontestatorskie i opozycyjne oplecione są istną siatką policyjną. Tak oczywiście było i u nas.
- Do pewnego też czasu służby Kani uważały, że panują nad sytuacją w kraju i na Wybrzeżu, lecz w którymś momencie diabeł wyskoczył z pudełka i mleko się rozlało. Na posiedzeniach Biura, na przykład, Kowalczyk, ówczesny minister spraw wewnętrznych, przechwalał się, że Wałęsa jest jego człowiekiem. Dosłownie, nie żartuję. Dziś wiadomo, że był to absurd, ale wtedy nie było powodu nie wierzyć jego zapewnieniom.
Jaką rolę spełniał wówczas Kowalczyk?
- Jest on największą pomyłką kadrową mego życia. Ja go w sensie politycznym stworzyłem i on mnie zniszczył. Dosłownie!
s. 207-209
Powróćmy do sugerowanego przez Pana braku wyobraźni Pańskich przeciwników.
- Wykorzystali oni niezadowolenie społeczne końca lat siedemdziesiątych i rozkręcili falę strajkową w sposób bezprecedensowy w naszej historii. Na jakiej podstawie twierdzę, że ludzie z bezpieczeństwa byli wśród inspiratorów zrywu robotniczego na Wybrzeżu? Ano dlatego, że kilkunastu aktywistów, a tylu w swej mikroorganizacji miał Wałęsa, nigdy nie byłoby w stanie zatrzymać pracy w kilkuset zakładach, w których pracowały setki tysięcy ludzi. Struktura bezpieczeństwa w Polsce była taka, że we wszystkich fabrykach, a zwłaszcza ważnych, służby te miały swoje komórki, w których oprócz oficerów SB byli agenci i konfidenci opłacani przez resort. Do szczególnie kontrolowanych przez bezpieczeństwo zakładów pracy trzeba zaliczyć stocznie i porty. Do obowiązków agentów SB należało informowanie o nastrojach społecznych i politycznych, a także o kradzieżach, nadużyciach itp., itd. Połowa przestępstw w tych zakładach była wykrywana dzięki nim właśnie. Pajęcza sieć Służby Bezpieczeństwa była największa w fabrykach zbrojeniowych, na Wybrzeżu zaś tego typu przedsiębiorstw było, co zrozumiałe, szczególnie dużo.Służby te w Gdańskiem rozbudowane zostały wręcz horrendalnie. Na temat rozbudowy tych służb prowadziłem rozmowy tak z Kanią, jak i z Kowalczykiem. Wielokrotnie zwracali oni uwagę na szczególną potrzebę kontrolowania wielkoprzemysłowej klasy robotniczej. Szczerze też mówiąc, z meldunków mi przekazywanych jeszcze na początku roku 1980 Służba Bezpieczeństwa powinna wiedzieć nie tylko o najdrobniejszych przygotowaniach do strajków, lecz nawet o każdym ruchu szczura portowego. W tym, co mówię, nie ma zresztą nic szczególnie dziwnego, tak postępują bowiem wszystkie policje świata. Z tym że u nas te służby były bardziej rozbudowane niż gdzie indziej, a już dotyczyło to z pewnością strategicznych zakładów pracy. Hucpa tych służb, jak okazało się poniewczasie, była tak wielka, że, jak stwierdziła „Solidarność”,na czele Komitetu Strajkowego w Jastrzębiu stał niejaki Sienkiewicz - człowiek, w którego biurku znaleziono instrukcje nadesłane z SB. Sądzę więc, że nieprzypadkowo został on przed końcem 1980 roku wyrzucony z,Solidarności”. Z czasem „Solidarność” na takie przypadki zapuściła zasłonę milczenia, psuły one bowiem etos organizacji. Resortowi agenci zatrudnieni w fabrykach latem osiemdziesiątego roku, na skutek zmiennych instrukcji, miast gasić pożary strajkowe, postępowali tak, jakby zadaniem ich było dolewanie benzyny do ognia. Proszę pana, kilku zgranych ludzi jest w stanie postawić na nogi cały wydział. To, co mówię, potwierdza wywiad generała Gruby, do niedawna szefa milicji w Krakowie, dla „Gazety Wyborczej”. Mówił on dosłownie tak: „Chcę podkreślić, żew sierpniu 1980 r. l sekretarz KW PZPR, Zdzisław Grudzień, wydał mi polecenie złamania strajku w Jastrzębiu. Nie tylko odmówiłem, ale rozkazałem, aby ochraniano strajkujących. Właśnie ten fakt spowodował mój awans na szefa milicji w Katowicach. No to dlaczego nie wykonał pan rozkazu? - pyta dziennikarz. - Bo zgadzałem się z postulatami górników”. Proszę pana, czyż trzeba jaśniejszego potwierdzenia dla mych słów.
- Dlaczego nie przemyślał Pan tego już w lipcu bądź w sierpniu osiemdziesiątego roku?
- Początkowo odrzucałem od siebie tego typu wariant wydarzeń,wydawało mi się to zbyt perfidne.Natomiast gdy zacząłem SB podejrzewać o taką grę, byłem już niesiony falą, której zwyczajnie nie mogłem się przeciwstawić. Było już za późno! Po rozkręceniu tych nastrojów strajkowych sytuacja najzwyczajniej zresztą wymknęła się spod kontroli inspiratorów. Gdy istnieje powszechne niezadowolenie lub tak zwana sytuacja
rewolucyjna, wydarzenia można kontrolować tylko na krótką metę. W tym konkretnym przypadku sytuacja bardzo wcześnie wymknęła się spod wszelkiej kontroli i władzę nad tłumami przejęli nowi, najczęściej prawdziwi, trybuni ludowi.
Inne tematy w dziale Kultura