Dwa dni temu zwróciłem uwagę na problem zjawiska kotwiczenia w ustalaniu bazowej opinii publicznej. W skrócie sprowadza się ono do następującego twierdzenia:
Ten, kto pierwszy narzuci opinii publicznej swoją interpretację wydarzeń, wygrywa.
Im dłużej przyglądam się procesowi tworzenia opinii publicznej, tym bardziej niestety zmuszony jestem uznać ludzi za idiotów, bezrozumne bydło. To obraźliwe stwierdzenie i takie musi być. Po prostu ludzie nie chcą samodzielnie formować swojej opinii na bieżące wydarzenia. Pokazujesz ludziom fakty, a oni nie wiedzą, co te fakty oznaczają, póki im tego ktoś nie powie. To oznacza, że w pierwszych minutach i godzinach od wydarzenia opinia publiczna jest nieokreślona, podatna na ukształtowanie.
Dziś większość przekazu medialnego składa się więc z dwóch elementów. Podawane są fakty oraz towarzyszy im opinia. I ludzie w swojej yanceyowskiej* masie właśnie tego chcą. W USA obiektywizm przekazu prasowego jest interpretowany w ten sposób, że dziennikarze poczuwają się do obowiązku pytać zawsze obu stron o opinię i traktują je równoważnie, nawet jeżeli uważają jedną z nich za głupią. Tak są kształceni w dojrzałej demokracji. U nas ci najbardziej widoczni dziennikarze są po prostu agitatorami.
Kotwiczenie polega na tym, że pierwsza opinia, która dotrze do ludzi, zapada im w głowach na stałe. Trudno jest ją stamtąd ruszyć, w szczególności, gdy jest to jedyna usłyszana opinia. Dlatego tak ważnie jest, żeby za każdym razem, przy każdym wydarzeniu politycznym każda strona jak najszybciej podała swoją opinię i aby ona została usłyszana.
W przypadku katastrofy smoleńskiej opinia została uformowana jednostronnie. Powszechny przekaz, który do dziś został w głowach ludzi, był następujący: TO NAPEWNO MUSIAŁ BYĆ BŁĄD PILOTÓW. Drugi przekaz był następujący: TO NAPEWNO NIE MÓGŁ BYĆ ZAMACH,(bo nie ma na to dowodów).
Proszę zwrócić uwagę, że nie było wówczas dowodów potwierdzających, ani zaprzeczających zarówno pierwszej jak i drugiej tezie. Tak naprawdę nikt nie znał przyczyn katastrofy, ale opinia publiczna została uformowana z jasnym wnioskiem co do przyczyn wydarzenia. Mogliśmy mieć do czynienia z zamachem terrorystycznym strony trzeciej, a nie tylko strony "drugiej". Zignorowanie takiej możliwości stanowiło poważne zaniedbanie.
Osoby, które podejrzewały, że mógł to być zamach, gdy wyrażały swoje wątpliwości spotykały się z odpowiedzią: "ale nie masz dowodów". Jednocześnie nikt nie wymagał dowodów od osób przekonanych o błędzie pilotów. Była to więc pewna asymetria wymagań dowodowych. Należało wówczas wołać: "Pokażcie mi dowód, że to wina pilota!"
Jest z tego jeden wniosek na przyszłość. Zawsze trzeba od pierwszej sekundy krzyczeć swoją wersję. Od razu.Gdy jest jedna opinia, to jedna opina się utrwali. Gdy są dwie, to ludzie będą najwyżej niezdecydowani.
--
* www.grzessssiek.republika.pl/philip/opow10.html
Update:
Szybkie uzupełnienie w nawiązaniu do komentarza czytelnika.
W pierwszych chwilach po każdym wydarzeniu nie istnieje coś takiego jak "oficjalna", autorytarnie namaszczona opinia. Ta opinia jest ludziom podawana zwykle poprzez wieczorne komentarze tzw. politologów. Należałoby to nazwać "pogadankami politycznymi".
Oznacza to, że jest pewne "okno sposobności", które się zamyka po paru godzinach. Z alternatywną interpretacją wydarzeń można do znajomych ludzi skutecznie dotrzeć tylko zanim zrobią to wieczorne "autorytety". Niestety działalność 24-godzinnych stacji informacyjnych znacznie skraca to okno do przedziału jaki jest potrzebny stacjom do ściągnięcia komentatorów do studia.
Niektórzy ludzie czekają z wyrażeniem swojej stanowczej opinii na pojawienie się dowodów, wyklarowanie się sytuacji, żeby mieć większą pewność co do słuszności własnego stanowiska. To jest przeciwskuteczne działanie. Wg. powyższej koncepcji żadne dowody pokazane po tygodniu nie przekonają człowieka, któremu opinia na dany temat już dawno wpaliła się w zwoje mózgowe.
Dlatego podkreślam: od razu. To jest wyścig z czasem.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)