1 października 2009
fronda.pl/news/czytaj/ludwik_dorn_msza_swieta_jest_najwiekszym_cudem
W klasie był Pan jedyny z tym pochodzeniem?
Biłem się z kolegami, bo wyczuwałem, że ich intencja była obraźliwa. Najbardziej z braćmi F. To byli bliźniacy, nie pamiętam, może jednojajowi, w każdym razie bardzo podobni do siebie. Nie chcę podawać ich nazwiska. Może ta książka jakoś do nich dotrze, a nie chcę sprawiać im przykrości bez potrzeby. Po iluś miesiącach potyczek z bliźniakami podchodzi do mnie jeden z nich wyraźnie speszony i mówi: „Wynikła głupia sprawa, bo my też jesteśmy Żydami i właśnie emigrujemy do Izraela”.Po tym doświadczeniu nie mogłem już nigdy traktować polskiego antysemityzmu jako czegoś groźnego i poważnego. Zawsze wyczuwałem w nim komiczny podtekst. Dlatego na wszystkich, którzy grzmieli, że w Polsce jest wielkie zagrożenie antysemityzmem i endecją, która za chwilę wylezie z nor, patrzyłem jak na sensatów, wariatów albo politycznych cwaniaków. Zwłaszcza na Michnika i to towarzystwo.
O godność bezimiennych robotników apelował na początku lat dziewięćdziesiątych papież Jan Paweł II. Nikt go nie chciał słuchać.
Stało się tak, bo środowiska opiniotwórcze, zakorzenione we władzy – jak środowisko „Gazety Wyborczej” – promowały aksjologiczną pustkę. Polakom spodobała się ta pustka.


Komentarze
Pokaż komentarze (1)