Pierwsze słowo jakie wymówiłem w życiu to nie było ani Mama ani Tata, lecz "słowa". Może to mnie definiuje, a może tylko świadczy o ograniczeniu "od kołyski aż po grób"? A może czyni mnie w sferze jakiegoś Universum, którego nie sposób postrzec zmysłem człowieczym, jak cienia szczytu, albo jego samego gdy już się na nim stoi? Nie ma piękniejszego brzmienia morza, gdy się go słyszy, i nigdy nie jest tak żałosny gdy go po prostu słuchamy... Tak, słuchać a słyszeć...
Idee i myśli muszą tworzyć pewną harmonię. Ona jest tak samo konieczna jak owa pierwsza, łza, pierwsza kropla niebytu co spłynęła bu uczynić Wszechświat. A jaśniał błękitnym światłem, a przecież światło nie istniało. Więc musiała sama sobie być światłem, czyli była prawdziwa, jak tchnienie wiatru czyniące pienistą bryzę o poranku... A może jak trawa zdziwiona poranną rosą, albo płatki śniegu tak niepodobne do siebie a tak bliźniacze... Jakże samotna musi być myśl, która nie czyni idei. I idea, co nie kształtuje myśli, co nie czyni Wszechświata...
A przecież mogą mieć aurę przeczystą i nad wyraz piękną, a ulotną jak niegdysiejsze śniegi...
Czasami szukam zaginionych słów, zaginionych znaczeń, zaginionych sensów, tworzywa, co przecież nie tylko z tego świata pochodzi... Pewnie błądzę. Pewnie mylę czasy i epoki. a może tylko nie umiem się znaleźć w tej jakże nowoczesnej zapadlinie bytu. Może przyświeca mi inne Słońce, a może cieplejsze gwiazdy, a komety bardziej przyjazne. Może... A może uporem maniackim wierzę, że istnieje takie Absolutne Dobro, którego nie sposób zdefiniować, a tylko niełatwo jest jego istnienie przyjąć do świadomości...
Wierzę – więc jestem.
I niech mi będzie to wybaczone...



Komentarze
Pokaż komentarze (2)