Przeczytałem mądrą analizę pana Toyaha. Bardzo ciekawe spojrzenie. Coś w tym jest. Bo niby wszystko wygląda jak poprzednio, lecz najwyraźniej wiatr się zmienia.
Myślę, że problem leży również w tym, że przez lata doprowadzono do tego, że w miejsce sensowenej analizy wkradł się rytuał. Jedną z konsekwencji tegoż jest nieumiejętność postrzegania procesów społecznych. Zlekceważono zupełnie i nie zrozumiano wagi wyniku wyborczego w 2005 roku, zaś później jakby na dokładkę tzw. salon z nieprawdopodobną determinacją doprowadził do głębokiej polaryzacji społeczeństwa. Jednak tutaj znowu pojawiła się nieoczekiwana rzecz: nienawiść do PiS-u stała się wyznacznikiem wyborów establishmentu, nie zaś szerokich środowisk społecznych. Co więcej przyzwolenie przez establishment intelektualny na wszelkie typy zachowań wobec przeciwnika, w konsekwencji całkowicie odarło tenże z nimbu "tych mądrzejszych". Te nieskrywane emocje i nieprawdopodobne obniżenie poziomu debaty publicznej, zrodziło w istocie bunt społeczny, wzmocniony niewiarygodnym brakiem empatii ekipy rządzącej po tragedii narodowej.
I kiedy spędzono do Łazienek te ikony establishmentu, tych celebrytów, co sądzą, że z racji pozycji zawodowej i społecznej należy im się rząd dusz, zobaczyłem ludzi głęboko przegranych. Sprowadzonych przez polityków nie tylko do roli kibica i klakiera, lecz także w jakiejś mierze zbeszczeszczonych. W najbardziej fundamentalnym znaczeniu tegoż słowa. I wielu z nich na pewno to rozumie.
Do mnie, i zapewne nie tylko do mnie, dotarło z niezwykłą ostrością w jak głębokiej zapaści jest ta teoretycznie najbardziej opiniotwórcza część społeczeństwa. Było to smutne. Bo tchnie rzeczywistą klęską narodową. Bo nie udało nam się odbudować tego środowiska po upadku komunizmu. Nie udało...
I oto elita - może i utalentowanych, ale przede wszyskim, karierowiczów doby PRL-u, gubernianych sowietników Komunistycznego Imperium na odcinku nauki, kultury i sztuki. Oderwanych od społeczeństwa z gruntu, z założenia. Przez co oderwanych całkowicie i ostatecznie. I skazanych przez to na całkowitą zagładę.
Pewnie niektórych z nich, osobiście mi żal, ale jeszcze mi bardziej żal tego, że niestety najlepiej komunistom wyszło jedna rzecz - słusznie nazwana przed laty przez Romana Wawrzonka - Obezhołowienie narodu.
I ta łazienkowska stypa, ów dance macabre ze słomianą kosą i sztucznymi szczękami, tym bardziej mi uświadomił skalę dramatu.
Wiatr się zmienia, więc może i tu powieje ku zdrowiu społecznemu. Ku nadziei.



Komentarze
Pokaż komentarze (2)