Fatum złowieszcze ciąży nad „lewicowoliberalnym” dziennikiem brytyjskim The Guardian, który w ostatnich latach dosłownie wyłazi ze skóry, żeby dowalać Izraelczykom. Powodem jest nie tyle „proletariacki” (Manchester) rodowód pisma, co raczej petrodolce podsypywane obficie przez Arabów.
Od kilkudziesięciu godzin The Guardian, podobnie jak całe lewactwo w Europie i okolicach, kwiczy radośnie z powodu przyznania Nobla Barackowi Obamie. Na swojej witrynie, obok entuzjastycznych komentarzy, zamieścił okolicznościową listę pokojowych noblistów z minionych dziesięcioleci.
Dziwnym trafem zabrakło na niej izraelskiego premiera Menachema Begina, który dostał Nobla w 1978 r. razem z prezydentem Egiptu Anwarem Sadatem za Camp-David. Nie było też Icchaka Rabina i Szimona Peresa, uhonorowanych w 1994 r. razem... z Jaserem Arafatem za Układ z Oslo.
Redaktorzy Guardiana tłumaczyli się kretyńsko „usterką techniczną” i listę migiem uzupełnili. Cała ta wpadka nie odbiera rzecz jasna wiarygodności renomowanemu dziennikowi, który nadal komentować będzie szeroko konflikt izraelsko-arabski; kto dziś przejmuje się pomyłkami freudowskimi.


Komentarze
Pokaż komentarze (15)