Słuchając wczoraj Obamy, pomyślałem znowu, że jego indolencja do złudzenia przypomina czasy Cartera-Brzezińskiego, gdy nie zrobili nic, żeby ocalić Iran przed „rewolucją islamską”. Teraz cielęcymi gałami wpatrują się w jaśminową Tunezję, Liban i Egipt.
W Libanie nieobecność Amerykanów - pomimo pięknych słówek - spowodowała już odzyskanie kontroli nad tym krajem przez Syrię. W tych warunkach pomysł z osądzeniem* Syrii, Iranu i Hezbollahu za zamordowanie Rafika al-Hariri w 05. zakrawa na parodię.
W Egipcie następuje gwałtowna „tunizacja”, zaś Biały Dom apeluje, by „policja nie strzelała do tłumów”. W egipskim necie buchnął dziś nagle news, że Gamal Mubarak (mający przejąć prezydenturę po steranym 82-letnim tatusiu) prysnął z 97 walizami do Londynu.
Potwierdzenie tych pogłosek oznaczałoby, że pozycja prezydenta Egiptu jest poważnie zachwiana... Tak dalece, że musi pozbyć się Gamala, by ugłaskać opozycję**. Ta jednak, zachęcona brakiem poparcia USA dla Mubaraka - forsować będzie dalszą „tunizację”.
W 84-milionowym Egipcie, gdzie 40% ludzi zarabia 2 dolce dziennie - nie ma siły, żeby poradzić sobie z tymi problemami. W praktyce oznaczać to będzie przerwanie prozachodniej ciągłości władzy, wolne wybory pod koniec 2011. i pełzającą „rewolucję islamską”.
@
* Powołany przez ONZ międzynarodowy trybunał STL.
** Wrzeszczącą przeciw "nepotyzmowi" Mubaraka etc.


Komentarze
Pokaż komentarze (50)