Obecna fala rewolucyjna* - podobnie jak ta pierwsza w latach 50. - nie rozszerzy się przypuszczalnie na cały świat arabski. Wczoraj nie udało się zorganizować masowych protestów ani w Syrii, ani w Jordanii. Wygląda na to, że sytuacja ta nie ulegnie zmianie.
Także w Egipcie, wbrew pozorom, formacja Mubaraka - czyli rozbudowany establishment państwowy - ani myśli ustępować. Najbardziej widocznym tego dowodem jest powściągliwa postawa wojska rządowego, będącego gwarantem porządku w kraju.
Postępowanie Obamy nadal przywodzi na myśl popularne powiedzenie o Burbonach: pamiętali wszystko, ale niczego się nie nauczyli. W Iranie - podobnie jak teraz w Egipcie - islamiści (ustami Chomeiniego) też zapewniali, że nie chcą przejmować władzy.
Podczas procesów rewolucyjnych występuje tzw. element nieprzewidywalności, ale egipscy generałowie nie dadzą się zwieść urokom islamizmu. Nie chcą stracić pomocy USA (1,3 mld USD rocznie); wiedzą, jak Erdogan zeszmacił wojsko w Turcji.
W 30 lat po ustanowieniu władzy mułłów w Teheranie widać wyraźnie, że Iranowi nie udało im wyeksportować „rewolucji islamskiej” do żadnego państwa arabskiego. Stąd ostatnie brednie Ali Chamanei o... „renesansie islamu” na Bliskim Wschodzie.
@
* Zwana efektem tunezyjskim.


Komentarze
Pokaż komentarze (14)