"Internetowe rewolucje" to produkt na chama przereklamowany - zbyt łatwo je rozpędzić łomami. Widać to najlepiej w Kairze, gdzie chłopcy Mubaraka spuścili łomot „reformistom” - w niecałe dwie doby, bez jednego strzału - przeganiając ich w serdeczne objęcia armii rządowej.
W obawie przed dalszym mordobiciem uczestnicy protestów na Al-Tahrir spędzili noc wciśnięci niemal pod gąsienice stojących tam przedpotopowych czołgów. Boją się wychylić poza ten plac, bo w bocznych uliczkach czyhają watahy wściekłych mubarakowców z „białą bronią”.
"Arabeski" dzieją się też w kontekście światowym. Obama żąda natychmiastowego odejścia Mubaraka, ale jego specjalny wysłannik do Kairu, Frank Wisner, oznajmił - w przekazie do liderów UE - że Mubarak powinien zostać, aby umożliwić transfer władzy (w pożądane ręce).
W obliczu „lekkich” rozbieżności za Oceanem - UE zgłupiała do reszty i tylko posądzany o „senilizm i seksoholizm” Berlusconi odważył się otwarcie poprzeć Mubaraka. Z kolei Putin zadzwonił do ElBaradei, radząc mu dyskretnie*, żeby zaczął negocjować z prezydentem Egiptu.
Peres ponownie wychwalał wczoraj zasługi Mubaraka w zapobieganiu wojen na BW. Przypadkowo na Synaju zapalił się gazociąg prowadzący do dotkniętej kryzysem Jordanii, a nad Kanałem Sueskim armia egipska ogłosiła stan pogotowia na wypadek islamskich prób zahamowania żeglugi.
@
*ElBaradei, jeszcze jako szef IAEA, przez parę lat łagodził raporty ostrzegające przed irańskim „A” - być może za namową Moskwy - opóźniając tym samym wprowadzenie sankcji międzynarodowych.


Komentarze
Pokaż komentarze (29)