Praktycznie tylko Izraelczycy od samego początku twardo poparli Mubaraka, wiedząc przy tym (o czym trąbiłem tutaj wyraźnie) - że uzbrojony po zęby obóz rządowy nie da się oderwać od koryta. W tej chwili „internetowi rewolucjoniści” siedzą już tylko na placyku...
Egipska „Rewolucja 25 stycznia”* wykazała ponownie, że Obama - podobnie jak przedtem „Dabju” - zna się na wszystkim, tylko nie na BW. Swoim zapałem do demokratyzowania reżimów arabskich zaraził bez trudu Europę, a zwłaszcza równie zdolnego Camerona.
Mówiąc poważnie, Amerykanie w dalszym ciągu nie są w stanie zrozumieć, że forsowana przez nich „demokratyzacja świata islamskiego" przynosi rezultaty odwrotne od oczekiwanych. Pakistan - horror; Gaza w łapskach Hamasu; Irak wpadnie w paszczę Iranu.
Teraz zaś Obama z równie bystrym Cameronem - wskoczyli na kolejnego białego dromadera (jak ująć mogliby to karykaturzyści)... Naciskają na ekipę Mubaraka, żeby zgodziła się nawiązać dialog koalicyjny z Bractwem Muzułmańskim, udającym chwilowo baranki.
Rezultatem tego byłoby stopniowe przejęcie władzy przez islamistów, czego nie pragnie chyba nawet Biały Dom... Co nader istotne: widać już teraz wyraźnie, ile warta jest koncepcja Obamy, że wszystko na BW kręci się wokół konfliktu Izrael-Palestyńczycy.
@
* Nazwa używana w świecie arabskim


Komentarze
Pokaż komentarze (20)