Remake tekstu „Ten za nim” z tomu opowiadań pod tym tytułem, który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Ten za nim” to jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” pierwotnie z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Powrócą w następnych jej wydaniach.
@
Siedziałem teraz u siebie na niskim poddaszu i zrobiło się prawie ciemno na dworze - z dołu dochodziły jakieś miauczenia. Przypomniałem sobie, jak wielki biały kot dyplomaty Pathet Lao zaczął przychodzić na naszą uliczkę i podtykaliśmy mu tampon z terpentyną pod ogon, że śmigał 50 m/sek. pod wiatr, szorując dupą po ziemi. Za czyjąś życzliwą radą zaczęliśmy mu dawać walerianę na uspokojenie i pierwszy raz tylko spojrzał wściekle niebieskimi oczkami, i chciał przeskoczyć przez siatkę do swojej willi, ale wycelował za nisko, i poszedł grzecznie naokoło z podniesionym ogonem, ale potem popadł w szpony nałogu walerianowego.
Dyplomata w piżamie przylatywał do nas z maczetą, cośmy zadali jego „kotowi”, że wyciera nóżki w plecionkę z trzciny pod drzwiami, trzęsąc łbem jak opętany, i chciał nas przekupić banknotami emitowanymi przez Pathet Lao, ale wuj powiedział, że te środki płatnicze respektowane są tylko z lufą kałacha pod żebro.
Pamiętam jak w 56. wujek z kumplami kopali w ogródku rowy przeciwczołgowe na Ruskich i znaleźli skrzynkę z 200 zardzewiałymi ostrogami przedwojennych ułanów, i potem skombinowali ze złomowiska starą lokomotywę ciuchci i z parę tysięcy nawalonych liczników Geigera-Mullera, które chcieli przetopić na „pancerfausty”. Ale najlepsze numery były potem, gdy wuj zaczął kursować po klasztorach, żeby „dokopać się złota i klejnotów”, które Żydzi dawali tam na przechowanie za okupacji i wyrobił się na najlepszego konserwatora organów kościelnych w peerelu.
Więc kiedyś pojechałem z nim do miasteczka słynącego z wielu zabytków klasy „A” - ratusz z XVII wieku w otoczeniu kamieniczek z podcieniami i warowny klasztor na niezalesionym szczycie wzgórza. Brat furtian był tak pijany, że ledwo nam judasza uchylił i potem wuj grzebał parę dni w piszczałkach, bo miał poufne informacje, że w organach ukryte są kolie brylantowe, a ja zwiedzałem piwnice klasztorne w towarzystwie brata furtiana, który był miłośnikiem trzystuletniego tokaju.
Parę kilometrów dalej było starorzecze z „wyspą pustelnika” - z rozwaloną basztą obronną - gdzie mieszkał stary Karaim z Pięcioksięgiem i modlił się, mówiąc do wszystkich po imieniu. Nie wiedziałem jeszcze wtedy, że przodkami Karaimów byli Chazarowie, którzy przyjęli religię od Żydów i brodaty pustelnik w pokutnym worze uznawał tylko Pięcioksiąg - modlił się także za moją znękaną duszę, nazywając mnie po imieniu; ale potem dorosłem i uznałem rzecz za nieciekawą.
Dwa-trzy kina w Śródmieściu, do których nauczyłeś się łazić samemu na „poranki” - biegaliście też nieraz z chłopakami po różnych biurach podróży, zbierając prospekty z planami wielkich samolotów pasażerskich i flagowych transatlantyków z kasynami. Pierwsze wycieczki szkolne z namiotami nad rzeką - rano graliście w gazdę przed zatłoczonym barem mlecznym. Pierwsze czarno-białe seriale w TVP - „Znak Zorro” z zamaszystym, kredowym „zet” wszędzie na murach domów i rycerska saga sir Lancelota, który wybił sobie z głowy szukanie św. Graala.
Zawarłem umowę z gościem, który dawał po stówie za egzotyczne rośliny palmowe i obmyśliłem włamanie do mojej ciotki, której palma królewska była przedmiotem zawiści całego Żoliborza. Ciotka wystawiała ją na werandę w słoneczne dni, żeby zdopingować fotosyntezę i zakradłem się od ogródka, a Danek zadzwonił od frontu, żeby ciotkę zagadać. Chwyciłem donicę, ale była tak ciężka, że runęła na parkiet z potwornym hukiem i ledwo się zdążyłem schować w krzaki. Ciotka potem przez lata nie mogła otrząsnąć się z osłupienia, że przeciąg zwalił taką donicę z parapetu i nigdy więcej nie otwierała drzwi moim kolegom szkolnym.
W podstawówce przychodziliśmy na „dyngus” z gruchami od lewatywy, które niosły z 5 metrów i po lekcjach chodziliśmy na pierwsze paczkowane lody „Calypso” i „Bambino” pod filarami Cedetu*. W piątej klasie zostałem perkusistą orkiestry szkolnej, bo próby odbywały się w czasie lekcji i daliśmy nawet show w telewizorze, gdzie moja rola ograniczyła się do walnięcia w bęben trzy razy. Danek wykonał songa, że wzorowi obywatele chcą zostać profesorami, on zaś woli panem majstrem, w związku z czym Mostostal - sprawujący patronat nad naszą szkołą - ofiarował nam demobilowy gazik do rozbiórki, który postawiliśmy w rogu boiska.
Tylko, że potem pani od śpiewu i geografii, która była też naszą wychowawczynią, poszła na zasłużony urlop macierzyński i nowy nauczyciel zaczął od badania słuchu członków orkiestry szkolnej. Walił kamertonem w stół i musiałeś zawyć „do-re-mi-fa-so-la”, i wywalił mnie z miejsca na mordę, bo moje wykonanie wprawiło go w trans. Ale próby orkiestry i tak odbywały się odtąd po lekcjach.
cdn
@
* Późniejszy „Smyk”.



Komentarze
Pokaż komentarze (23)