Remake tekstu „Ten za nim” z tomu opowiadań pod tym tytułem, który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Ten za nim” to jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” pierwotnie z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Powrócą w następnych jej wydaniach.
@
W ogólniaku najbardziej podpadli nam panowie od przysposobienia wojskowego (PW) i wychowania fizycznego (WF) - którzy na przerwach wpadali do klasy z rykiem, że mamy zachowywać się zgodnie z regulaminem ucznia. Na ich lekcjach głównie urzędowaliśmy w sraczach (WC) zwanych „klubami”, które mieściły się na końcach korytarzy i połączone były wyślizganymi schodami. Na każdym piętrze urzędowały elity naukowe danego rocznika i pewulec z panem od wuefu robili na nas obławy, i wtenczas ze strasznym wyciem spadaliśmy schodami na boisko.
Przechodząc do następnej klasy, podbijałeś piętro sracza, gdzie na szerokim parapecie spisywaliśmy streszczenia ruskich czytanek i słuchaliśmy listy przebojów „Radiostacji Harcerskiej”. Lubiliśmy też pisać sobie nawzajem usprawiedliwienia za opuszczone dni i godziny i nauczyłem się podrabiać podpis ojca Danka, a Rajs opanował nieźle podpis mojego starego. Któregoś pięknego dnia w kraciastej kolorowej koszuli i wytartych jeansach stałem przed tablicą w rozproszonej smudze słonecznej i spaliliśmy przedtem komisyjnie dziennik szkolny w rogu boiska.
Pamiętam, jak gdzieś w połowie ogólniaka kazali nam nosić na ramionach czerwone tarcze z rzymskim numerem szkoły XXXVII i bramkarze PW-WF nie wpuszczali z rana nikogo do szatni bez tarczy przyszytej na wierzchnim okryciu. Zaczęli nas też ostro szarpać za rękawy, bo nosiliśmy tarcze na gumkach lub zatrzaskach i zawsze jak chciałeś pokazać się w szkole - wchodziłeś przez okno stołówki na wysokim parterze, omijając tamten dwugłowy szlaban i potem z całkiem nieruchomym spojrzeniem celowałeś w niego starym kapciem.
Pierwszego dnia astronomicznej zimy pewulec wyszarpnął Szmulowi dziurę w rękawie nowego włoskiego ortalionu i pani Szmulowa zrobiła taki bajzel na zebraniu rodziców, że dwugłowy szlaban musiał odkupić płaszczyk w pawilonach na Marszałkowskiej. Kolega Szmul o mało nie zdenacił wtenczas pewulca na lekcji rzutu granatem i tamten skrył się za kozłem gimnastycznym, wyjąc „przerwać ogień!”, a Szmul miotał w niego „filipinkami” wyszarpywanymi z chlebaka.
Gnali nas z całą klasą do teatrów i musiałeś chodzić, żeby mieć „trzy” na okres z polskiego i zawsze jak się uczyłeś, żeby tylko zdać, musiałeś potem zabierać głos „na temat obejrzanej sztuki”, bo dostawałeś „plusik” do dziennika. Pięć „plusików” była ocena „bardzo dobry” i zawsze aktywnie uczestniczyłem w dyskusji, i pamiętam, jak kiedyś w „Dramatycznym” na podłodze w ostatnim rzędzie słuchaliśmy transmisji z Wyścigu Pokoju na słuchawkach. Kolarz nazwiskiem Zapała wyrwał nagle do przodu i sprawozdawca wrzasnął: „tu helikopter, tu helikopter, szkoda, że państwo tego nie widzą, cały peleton trzyma się Za-pa-ły!”
Z wrażenia słuchawki wyrwały nam się z tranzystora „Koliber”, który samorzutnie przełączył się na głośnik i cała sala usłyszała transmisję z półmetka, bo z wrażenia nie daliśmy rady wyłączyć radyjka. Zrobiła się cholerna poruta - zapłonęły kryształowe żyrandole. Kurtyna opadła nad greckimi filarkami z wątkiem romantycznym i klasyczną jednością miejsca, akcji i czasu - wyszedł woźny i powiedział w mikrofon, że zespół przerywa grę, bo młodzieżowa widownia nie szanuje ciężkiej pracy aktora.
Więc pewulec z panem od wuefu bali się prowadzić lekcje w naszej klasie i przez wszystkie lata ogólniaka powtarzali, że albo my opuścimy tę szkołę, albo oni i zawsze wrzeszczeli na mój widok: „nie trzymaj rąk w kieszeniach, jak rozmawiasz z nauczycielem!”. Pamiętam, jak przed feriami zimowymi pan od wuefu zrobił nam nagle sprawdzian ze stania na głowie i Szmul stanął bez próbnego podejścia, i potem aż do późnego wieczora mocno zszokowany zacinał się w mowie.
Następna godzina była PW - staliśmy w rządku - facet odpytywał sztafetowo: jak nie wiedziałeś, przechodziło dalej i Szmul był pierwszy, próbując odpowiadać pełnym zdaniem: „ttto bbędzie ttakk, pppanie prrroffessorze”. W tym momencie pewulec się wściekał, przechodząc do następnego, którym byłem ja i chciałem Szmulowi dokopać; Danek i Rajs stali za mną, wyjąc jak opętani, bo i tak wiedzieli, że dostaną haka. Skutkiem ubocznym afery z ortalionem był obfitujący w dramatyczne wzloty i upadki długotrwały spór dwóch przygłupów: pewulca i wuefmena.
CDN



Komentarze
Pokaż komentarze (28)