Remake tekstu „Ten za nim” z tomu opowiadań pod tym tytułem, który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Ten za nim” to jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” pierwotnie z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Powrócą w następnych jej wydaniach.
@
Pamiętam, jak na zimowisku w górach robili nam zaprawy poranne w dresach i pan od wuefu wrzasnął nagle, lepiąc pigułę: kolego od WP, prawa sutka!, i tamten trafiony celnie postrzelił go potem z wiatrówki na Sylwestra. Schronisko górskie, gdzie pod belkowym stropem wysiały odłamki nart facetów, których zgarnęły lawiny; przed wejściem wbijałeś dechy w kopny śnieg i wchodziłeś suszyć buty i skarpety, które zawsze miałeś oblodzone i sztywne. Narty-zjazdówy same leciały, nerwowe w skręcie i szybko mi się męczyły nogi - wlokłem kijkami z tyłu, żeby wytracić szybkość i cholernie przeżywałem każdy zjazd, ale jakoś się nie połamałem.
Na końcu trasy wydeptany, żółty od szczyn śnieg i wypadałeś na oblodzoną szosę, gdzie chodziły pekaesy z kwiatami mrozu na szybach - z rzucającymi wściekle przyczepami. Siedzieliśmy na obozie narciarskim i ludzie cały dzień pili browar w schronisku, i potem spali pokotem na podłodze w salce telewizyjnej. Łaziliśmy z nartami na ramionach i piętro schroniska było w remoncie, i wyciąg orczykowy chodził na okrągło całą dobę, bo nikt go nie wyłączał - sprzedawali kurczaki z rożna i herbatę piliśmy w słoikach po dżemie.
Narty-zjazdówy same niosły na kwaterę o zmierzchu i szusowaliśmy z północnych stoków w zadymce śnieżnej - przed Gwiazdką zobaczyliśmy nagle św. Mikołaja z rozwianą brodą na dechach, jak leciał slalomem po lawinowym zboczu i potem na nartostradzie „Pod gwiezdnym szlakiem” zgubił śpiąco-płaczącą lalkę w celofanie. Ale najfajniej było wtenczas, jak wysłali mnie do miasteczka po „wódkę i choinkę” dla całej grupy, bo i tak przedtem rano złamałem nartę na treningu.
Kuligi z pochodniami jeździły zaśnieżonymi uliczkami o zmierzchu i pod kolumienką Matki Boskiej z lampkami choinkowymi handlowali gorzałą - gołda na wynos była tylko w knajpie „Kaprys”, pod warunkiem że na miejscu strzeliłeś setę z zagrychą „śledzik po grecku”. Stałem przy kontuarze i przymierzałem się do kielonka, i chciałem sprawdzić samego siebie; nie bój się pan! - myślałem i nagle gajowy z zastępcą weszli do knajpy. Zamówili flachę wietnamskiej „Żmijówki”, którą rozpili momentalnie szklankami, przegryzając żmiją z butelki po połowie i wyszli zamykając za sobą drzwi bezszmerowo.
Więc potem wracając z flachą ryżówki tej samej marki, wyłamałem jakiegoś świerczaka na poboczu, gdzie brzozy prześwitywały przez sosny w blasku księżyca nad górami. Gajowy z zastępcą jechali na motorze między zaspami - wbiłem samotne drzewko w śnieg przy drodze - pijaczki z dwururkami podjechali, niuchając jak psy na wietrze i nagle postawili oczy w słup. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem nieruchomy wzrok pijanych fachowców na służbie i pewnie bym wtedy zrozumiał, że tacy ludzie uśmiechają się samymi ustami, ale oczy mają poważne - gdyby drobniaki mi się nie rozsypały i przymarzły do oszronionej ziemi.
Więc mało co pamiętam; tylko mróz lub marznącą mżawkę na twarzy, która pociła mi się jak ręce i naprawdę mało co pamiętam; zawsze te same mordy, że na kilometr poznawałeś totalitarnego przygłupa. Prawie za każdym razem te same nieruchawe oczy i odkrywałeś wciąż na nowo, że nie dorastasz do tej roli, choć nie dawałeś poznać po sobie. Leśnik z wojskową skórzaną torbą na cienkim pasku tylko stuknął kopytami i szczeknął; afera, że myślałem, to koniec, panie nadleśniczy, źle trasę przeciąłem, żeby się odcedzić pod świerkiem wolnostojącym.
Na każdym kroku pełno cholernych komandirów, że odruchowo bluzgałeś, schylając łeb - jak parę lat później w moskiewskim metro z czerwonego marmuru, gdy nagle właziłeś na pomniczki sołdatów z pepeszami, celujących w ciebie wyszczerzonymi lufami. Wtenczas w połowie Sixties nikt przecież jeszcze nie mógł wiedzieć, że z 20 parę lat później pomniczki komandirów będą rozwalać kafarami.
CDN



Komentarze
Pokaż komentarze (30)