Remake tekstu „Ten za nim” z tomu opowiadań pod tym tytułem, który ukazał się w Warszawie w 1996 roku. „Ten za nim” to jeden z dwóch rozdziałów, które „wypadły” pierwotnie z powieści „Grupy na wolnym powietrzu” o pokoleniu lat 60. Powrócą w następnych jej wydaniach.
@
Więc teraz na parapecie niskiego poddasza myślałem o tym, jak parę tygodni przed maturą w ramach „zajęć fakultatywnych” urzędowaliśmy na basenie „Legia”, gdzie co bardziej ambitni maturzyści przybywali w towarzystwie studentów-korepetytorów. Na betonowych trybunach lub na kocach pod płotem korepetytorzy układali im „gotowce” i nie miałem co marzyć o takim rozwiązaniu, gdyż od początku ogólniaka na byle klasówce sadzali mnie zawsze w pierwszej ławce i kazali „pokazać rączki”, żeby sprawdzić, czy nie zapisałem sobie czegoś przypadkiem długopisem.
Osobiście zacząłem zdradzać objawy nerwowości parę dni przed pisemnym z polskiego i jak raz wówczas pogorszyła się pogoda, więc przenieśliśmy się do klasycystycznego pawiloniku w Łazienkach - między Belwederem i jeziorkiem z liliami wodnymi. Przesiadywaliśmy tam całymi dniami na drewnianej podłodze tarasu z kolumnami i dwoma spiżowymi lwami, i kiedyś zjawił się korepetytor Szmula z poufną informacją, że będzie na 100% temat wolny z języka ojczystego.
Przedzwoniliśmy natychmiast tę wiadomość znajomym dziewczynom i w życiu nie zapomnę, jak potem siedziałem w nowym non-ironie pod drabinkami na sali gimnastycznej, i z wrażenia na oczy nie widziałem, gdy dyrektorka uroczyście odpieczętowywała kopertę z tematami. Po dłuższej chwili wielkimi kaligraficznymi bykami zaczęła wypisywać tematy na lśniącej tablicy i normalnie pot zalewał mi oczy, aż w końcu strzeliła, skrzypiąc kredą jak opętana - ostatni temacik „wolny”.
Po jakimś czasie grubawe panie z komitetu rodzicielskiego w koronkowych fartuszkach zaczęły roznosić na paluszkach kanapki z szynką przygotowane w czynie społecznym. Zmontowałem pracę na trzy i pół strony podaniowca i doradziłem Szmulowi, który siedział metr za mną, żeby zrobił selekcję materiału z tego „gotowca” drobnym maczkiem, co mu podrzucili w kanapce regeneracyjnej.
Na drugi dzień była pisemna matematyka i poszedłem ze spokojną świadomością, że nie wiem nic - Rajs siedział metr przede mną i przedyktował mi szeptem półtora zadanka z logarytmowaniem, co starczyło na „trzy”. Po krótkim odpoczynku wziąłem i przedyktowałem to Dankowi, który siedział z tyłu za mną, i zaskoczył mnie umiejętnością logarytmowania. W sąsiednim rzędzie koło nas z lekka przeżywał kolega Szmul, zanim nie dostał kanapek regeneracyjnych i na wszelki wypadek też przedyktowaliśmy mu półtora zadanka, i potem mieliśmy spokój.
Dopuścili całą ekipę do matur ustnych, ale to już było małe piwo, bo zawsze coś powiedziałeś, a oni chcieli i tak pozbyć się nas jak najszybciej z tej szkoły. Pamiętam, jak po uroczystym rozdaniu świadectw szliśmy szerokim chodnikiem Świętokrzyskiej, trzymając się pod ręce, a ludzie rozstępowali się przed nami, patrząc na nas z uśmiechem. Pod wieczór w ostatnich błyskach słońca - bez butów, w samych skarpetach i garniturach - biegaliśmy po trawiastej plaży nad Wisłą.
Potem na balu maturalnym spijaliśmy bełty w zaciemnionej klasie na górze i rzucaliśmy się szmatą od tablicy, i potem stałem pośrodku sali gimnastycznej z muzyką gitarową i kolorowymi dekoracjami, a Lele podeszła do mnie z tym swoim uśmiechem: przywitaj się ze swoją dziewczyną. Pamiętam, jak stałem kołowaty pod drabinkami i chciałem już tylko pójść do domu, i podlecieli do mnie kompletnie pijani pewulec z wuefmenem, z wrzaskiem: powtórz, coś przed chwilą powiedział!
@
Od przyszłego tygodnia w odcinkach drugi z brakujących rozdziałów „Grup na wolnym powietrzu" - o studenckim obozie wojskowym. Tekst pt. „Wytworne sam na sam”.



Komentarze
Pokaż komentarze (21)