Anglia i Francja nie wygrają już żadnej wojny. W pierwszym wypadku ta błyskotliwa konstatacja zakołatała mi w głowie po ślubie rumianego księcia-pilota z kobitką z parometrowym ogonem. W drugim - po wczorajszych numerach akrobatycznych wąsatych strażaków w Paryżu (14 lipca), których formację powołał Napoleon.
Bezsilność Londynu i Paryża widać oczywiście najlepiej w Libii, gdzie skorzystają zapewne z wypróbowanej formuły H. Kissingera: ogłoszą zwycięstwo i uciekną. Odbędzie się to przy cichym aplauzie amerykańskiego prezydenta Baracka Obamy, który też nie wygra już żadnej wojny, ale za to zepsuć może jeszcze niejedno.
„Stany Zjednoczone zgodziły się na powierzenie Rosji roli oficjalnego mediatora w konflikcie libijskim. Od minionego weekendu NATO nie prowadzi nalotów na siły Kadafiego. Wszystko to razem zapowiada rychły koniec wojny” - pisał wczoraj izraelski portal „Debka” wyspecjalizowany w tematyce wojskowo-wywiadowczej.
Z „Debką” jest tak, że czasem wie coś wcześniej niż inni, ale lubi też dawać pole do popisu orientalnej wyobraźni. Wczoraj wyobraziła sobie, że „Obama nad ranem zadzwonił do Miedwiediewa - zgadzając się na rosyjską mediację. Uwarunkowane jest to odejściem Kadafiego i procesami demokratyzacyjnymi w Trypolisie”.
Mediację rosyjską proponował sam Kadafi jeszcze w kwietniu, ale dzielni alianci byli wówczas przekonani, że rzucą go na kolana w trymiga. Wg „Debki” rokowania będą długie, a Kadafi postara się ulokować swoich synków i współpracowników w nowych strukturach władzy. „Opozycja będzie zmuszona wyrazić na to zgodę”.
Dodam skromnie, że w ten właśnie piekny sposób Rosja wróci na Bliski Wschód.



Komentarze
Pokaż komentarze (17)