Na placu Giza przed wieżowcem, gdzie kairska ulica o mało nie zlinczowała wczoraj nad ranem 6 ochroniarzy ambasady Izraela - stoi „neofaraoński” pomnik z różowego granitu. Nazywa się „Odrodzenie Egiptu” i przedstawia niezakwefioną kobitkę ze sterczącym cycem trzymającą za łeb Sfinksa.
Izraelczycy bodaj jako jedyni - gdy wybuchły zadymy na placu Tahrir - ostrzegali, że nie da się zapanować nad sytuacją, jeśli obalony zostanie reżim Mubaraka. Nikt nie chciał słuchać - media biły pianę, Obama i Europa onanizowali powietrze; władzę w Egipcie przechwyciła operetkowa junta.
W międzyczasie nad Nilem urodził się kolejny milion dzieci; w połowie dekady liczba ludności przekroczy 100 mln; junta straciła dochody z turystyki i z gazu sprzedawanego Izraelowi. Wczoraj o mały włos nie straciłaby też 2 mld dolców z tytułu pomocy od USA* - gdyby doszło do masakry w ambasadzie Izraela.
Konsekwencje takiej tragedii byłyby tragiczne także dlatego, że pobudziłyby erupcję islamską nie tylko w Egipcie, lecz w całym regionie. Dlatego Obama w ostatniej chwili - przywołany na pomoc przez Netanjahu - zmusił egipską juntę do wysłania komandosów i uratowania 6 ochroniarzy izraelskich.
Od rozwścieczonego tłumu dzieliły ich już tylko pancerne drzwi na 18 piętrze wieżowca. Po jaką cholerę ich tam zostawiono, mimo ostrzeżeń Mossadu przed tego rodzaju zagrożeniem? - wg mnie ze zwykłej głupoty. Atak na ambasadę był też jednak zapowiedzią dalszej eskalacji wewnątrz Egiptu.
BW jak na wulkanie - to nie są puste frazesy - przypuszczalnie sytuacja w Egipcie przełoży się za chwilę na inne kraje arabskie. Możliwe, że podobne zamieszki wybuchną przed ambasadą izraelską w Ammanie, a potem przed ambasadami USA i in. państw zachodnich w całym „Żyznym Półksiężycu”.
@
* Egipt dostaje to wsparcie w ramach układu pokojowego Camp-David zawartego z Izraelem w 1979 r. pod egidą USA.



Komentarze
Pokaż komentarze (28)