Pięć dni temu dowódca jednego z izraelskich kutrów rakietowych zagapił się na delfiny... i wpłynął na wody terytorialne „jednego z sąsiednich państw” (przypuszczalnie Egiptu). W obecnej sytuacji incydent mógł odpalić groźną lawinę; kapitan dostał tydzień aresztu, co media roztrąbiły jako ostrzeżenie...
Nie chodzi bowiem tym razem o delikatną materię stosunków z egipską juntą post-mubarakowską, lecz o szarżującego Erdogana, który obwieścił właśnie nad Nilem: „Turcy umieją pływać na Morzu Środziemnym”. Czyli, jeszcze raz stadko delfinów - przyjaciół człowieka wyskoczy beztrosko z fal i TRACH.
W Izraelu pogróżki Erdogana w dalszym ciągu pomijane są filozoficznym milczeniem, ale zaczynają budzić irytację. Zwłaszcza nakręcają się nimi media - temat jest OK. Wg mnie Turkom (wskutek przewagi technologicznej Izraela) może przydarzyć się coś w rodzaju tragedii krążownika Belgrano*.
Oczywiście, nie na taką skalę etc., ale mam na myśli psychologiczne, polityczne i społeczne następstwa. Reakcją na taki cios i całą resztę... - mogłoby być dalsze nasilenie procesów islamizacji w Turcji - pod nosem Europy tuż za Bosforkiem - wyrosłaby niczego sobie „republika islamska”.
Erdogan rozgrywa wprawdzie własną partię, ale jest też chyba narzędziem w czyichś rękach, mającym zacieśnić wokół Izraela (wraz z arabską wiosną) klamrę zagrożenia - w konsekwencji zmusić go do ustępstw wobec Palestyńczyków. Nie dziw, że igraszki z delfinami bywają niebezpieczne.
@
*Wojna falklandzka 1982.



Komentarze
Pokaż komentarze (83)