„Jeśli chodzi o państwa arabskie, liczy się tak naprawdę głównie Egipt - reszta to najwyżej plemiona i dromadery” - mawiał niegdyś Anwar Sadat. Gdyby żył i był świadkiem „arabskiej wiosny” dodałby do tego zapewne „fatamorganę”... W Egipcie zginęło wczoraj 24 Koptów protestujących przeciw spaleniu dwóch kościołów.
To kolejny dowód, że junta wojskowa nie jest w stanie zapanować nad fermentem islamistycznym korzystającym z luzów, jakie przyniosło obalenie Hosni Mubaraka (następcy Sadata). Jeśli wojsko nie weźmie się ostro do roboty (co wymagałoby uprzedniej, pokoleniowej zmiany warty) - „arabską wiosnę” zluzuje islamska...
Coraz ostrzej robi się także w Syrii, gdzie tylko wczoraj zginęło 31 ludzi, w tym grupa dezerterów z armii rządowej, którzy przeszli na stronę opozycji. Rebelianci przestawiają się na walkę zbrojną z reżimem, w czym pomagają im dezercje z wojska. Po raz pierwszy w piątek USA wezwały Baszara Asada do rezygnacji.
Ludzie Asada zamordowali w piątek kurdyjskiego przywódcę Maszaala Tammo, co spowodować może dodatkowe zawirowania nie tylko w Syrii, lecz także w Turcji, Iranie i w płn. Iraku. Odejścia Asada domagają się już nawet Rosjanie, którzy w zeszłym tygodniu obronili go w Radzie Bezpieczeństwa.
Sytuacja w Syrii w niedługim czasie może wyrwać się spod kontroli, co oznaczałoby konfrontację „wszystkich ze wszystkimi” w stylu libańskiej wojny domowej z lat 1975-1990. W takim wypadku postępująca islamizacja Egiptu, największego kraju arabskiego, wzmocniłaby też te „resentymenty” w Syrii.
Z drugiej strony..., upadek syryjskiego Asada pozbawiłby Iran jedynego sojusznika i wytrącił mu z ręki broń w postaci libańskiego Hezbollahu i palestyńskiego Hamasu w Strefie Gazy. Zachęciłby też reformistów w Teheranie do pozbycia się sympatycznych brodaczy w sukienkach i turbanach.



Komentarze
Pokaż komentarze (18)