Wojskowa junta egipska opublikuje na dniach wyniki śledztwa w sprawie ataku na izraelską ambasadę parę tygodni temu. Jeśli oskarżenia skupią się na „dywersji irańskiej” - oznaczać będą groźną eskalację, w której centrum znajduje się afera z irańskimi planami zabicia ambasadorów Izraela i Arabii Saudyjskiej w USA.
Sprawa ta znalazła się jakby w cieniu innych wydarzeń, ale są to tylko pozory, gdyż Biały Dom najwyraźniej ma dowody, że Teheran umoczony jest po szyję w tym szambie. Nie przypadkiem Irańczycy, którzy najpierw wyparli się wszystkiego, oznajmili dziś niespodziewanie, że gotowi są „współpracować w dochodzeniu”.
Jeśli działalność dywersyjna Teheranu w Egipcie i w Stanach zostanie dowiedziona - stanowić może niezły casus belli, umożliwiający zaatakowanie irańskich instalacji nuklearnych i utarcie nosa reżimowi mułłów. Ten zapewne poświęciłby na ołtarzu rewolucji islamskiej Ahmadineżada, ale to już grubo za mało.
W celu utrzymania spokoju na podminowanym i tak Bliskim Wschodzie - kiedy zaatakowany zostanie Iran - konieczna będzie przede wszystkim ugoda wewnętrzna w największym kraju arabskim, czyli w Egipcie. Dlatego junta wojskowa dogaduje się powoli z „Bractwem Muzułmańskim”, torując mu dostęp do koryta.
Z kolei „Bractwo Muzułmańskie” ma bezpośredni wpływ na Hamas, który traci właśnie swojego dzielnego sponsora w Damaszku (Iran zaś jest daleko). Tak więc, jutrzejsza wymiana jeńców z Izraelem (uwolnienie Gilada Szalita w zamian za 1027 terrorystów) - to pierwsza sonda nowej rzeczywistości na Bliskim Wschodzie.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)