Główna ekspozycja Muzeum Historii Żydów Polskich w Wawie startować będzie Słowiańszczyzną, którą jako pierwszy w 995. eksplorował żydowski kupiec Ibn Jakub - a kończyć Dworcem Gdańskim, który eksplorowało pokolenie marca-68. W konwencjach XXI stulecia kolejność powinna być raczej odwrotna:), ale mniejsza.
Chodzi zwłaszcza o to, co gwiazdorzyć będzie... między matecznikiem ze szlakiem bursztynowym i pociągiem opuszczającym skomunizowaną macierz. Nie mam na myśli rutynowych artefaktów - cepeliady z polichromiami dachowymi, skrzypkami, Jankielami, sztetlami, uliczkami, weselami chasydzkimi etc. Bez tego nie da rady.
Przedmiotem moich obaw nie jest przewidywalna skądinąd strona ekspozycji, lecz - mówiąc językiem ciut zglajszachtowanym - tzw. serce reaktora. Czyli „centrum edukacyjne”, które - jak sugerowałem nieśmiało przedwczoraj - powinno pomagać w dialogu chrześcijańsko-judaistycznym i w zbliżeniu między Polską i Izraelem.
Tylko na tych płaszczyznach starannie Wybrane Narody będą mogły naprawdę się dogadać (inszallah) - a zaczynam podejrzewać, że właśnie te aspekty rozmydlane będą w oceanie multimedialnych bajerów. Tym bardziej, że różnych speców od historii Żydów w Polsce nie można przecież posądzać o zbytnią wiarygodność.
Wykazał to najlepiej wtłoczony na chama w niepamięć od ponad półwiecza - i wyciągnięty dopiero przez stronę izraelską - ETOS bejtarowskiego Żydowskiego Związku Wojskowego i „dwóch flag” nad walczącym Gettem Warszawy.


Komentarze
Pokaż komentarze (19)