Premier Donald Tusk udał się kilka godzin temu do warszawskiego szpitala przy ul. Szaserów. Jednak nie po to, żeby się leczyć lub przeprowadzić badania okresowe. Również nie po to, żeby odwiedzić Jarosława Wałęsę, który był w tym momencie nieprzytomny. Prawdopodobnie trwała jego operacja. Zatem po co Tusk do szpitala przyjechał nocną porą?
Z pewnością przybycie premiera wraz z borowską obstawą sparaliżowało pracę szpitala. Część lekarzy i pielęgniarek zostało oderwanych od opieki nad chorymi, żeby przywitać gościa. Może trzeba było przesunąć albo nawet przerwać jakieś operacje. Przybycie kawalkady samochodów z premierem zablokowało na kilka minut ruch na ul. Szaserów. Być może, utrudniło to wyjazd karetki pogotowia, wezwanej do wypadku. Czy o to premierowi chodziło?
Tusk znalazł się w szpitalu ok. godz. 21, tuż po zakończeniu telewizyjnej debaty wyborczej w sprawie służby zdrowia. Z pewnością ją oglądał i dlatego tak późno wybrał się w drogę, bo poseł Wałęsa trafił tutaj już kilka godzin wcześniej. A może się mylę. I premier tę wizytę już miał zaplanowaną wcześniej. I do szpitala przy Szaserów i tak by przyjechał o tej późnej godzinie, bo chciał zobaczyć, jak wygląda szpital nocą.
Naprawdę niedobrze mi się już robi od tych pi-arowskich sztuczek pana premiera. Naprawdę tę zagrywkę mógłby już sobie darować. Jest granica przyzwoitości. Tusk ją zdecydowanie przekroczył.
Cóż się pan premier dowiedział w szpitalu, czego nie dowiedziałby się telefonicznie? Czy jego wizyta pomogła uratować życie Jarosława Wałęsy? Czy przywiózł ze sobą jakieś leki, narzędzia chirurgiczne, których szpitalowi brakowało? Czy obiecał dyrekcji szpitala, że rząd pokryje koszty operacji i leczenia ofiary wypadku? Czy może założył lekarski fartuch i asystował przy operowaniu?
Nie?! A więc przyjechał tylko po to, żeby zyskać parę punktów procentowych poparcia. To obrzydliwy sposób wpływania na wyborców. Mam nadzieję, że wszyscy Polacy to zrozumieją.


Komentarze
Pokaż komentarze (8)