Wcześniej czy później musiało dojść. Okazuje się, że jednak raczej wcześniej, wszak od wyborów do parlamentu europejskiego w czerwcu, w których mandat poselski w brukseli zdobyła z ramienia Platformy Obywatelskiej Danuta Hübner, minęło dopiero lekko ponad 4 miesiące.
W codziennym życiu powiada się, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że w grę wchodzą pieniądze. Ponieważ narzekanie na nie przez europosłów zakrawało by o kpinę, w polityce może jeszcze chodzić o "stołki". Od początku było wiadomo, że pani Danuta Hübner chętnie ponownie zasiadłaby na fotelu komisarza europejskiego, ale kolejnego ukłonu w stronę lewicowej kandydatki wśród TEORETYCZNIE prawicowej partii elektorat Platformy mógłby nie zaakceptować. Toteż pani Danuta zaczęła się rozglądać za inną ciepłą posadką i upatrzyła sobie stanowisko członka specjalnej komisji ds. kryzysu w Parlamencie Europejskim. Pech chciał, że uprzedził ją inny europlatformers - Jacek Saryusz-Wolski.
I zaczęło się... Z jednej strony Hübner powołując się na swoje kompetencję żąda listownie wytłumaczenia faktu pominięcia jej kandydatury, w odpowiedzi Saryusz-Wolski, strofuje koleżankę (?), iż jej praca w komisji rozwoju regionalnego zajmuje jej zbyt wiele czasu.
Serce się raduje, gdy patrzy się na zgodną współpracę wśród otoczonych Tuskową miłością europlatformersów. Szkoda, tylko, że smród, będzie się ciągnął nie jedynie za partią, którą wspomniana dwójka reprezentuje, ale także za Polską, którą na międzynarodowym forum ludzie Platformy po raz kolejny kompromitują.
(Artykuł)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)