Odpowiedź na tak postawione pytanie powinna być dosłownie automatycznie ze strony wszystkich orędowniczych obozów zdekomunizowanej IV RP jednoznacznie pozytywna, tym bardziej kiedy mafijnie-aferalna hydra lewackiego LiDu coraz ciaśniej tylko (z uzasadnionej obawy przed politycznie ostatecznym z marginalizowaniem) zawiązuje swe sojuszniczo-karierowiczowskie szeregi, wchodząc w coróż to nowe zdeprawowane koalicje antypaństwowe pod sztandarem skompromitowanego UBekistanu III RP, aby tylko tym sposobem (na przekór dyskwalifikującemu kryzysowi zaufania w jakim przyszło jej się zasadnie znaleźć) ugrać dla siebie możliwie najwięcej po kolejnych wyborach parlamentarnych, celem przyszłokadencyjnego przystopowania oczyszczających zmian przy jednocześnie asekuracyjnym zwrotowi ku swojskiej Republice Bananowej Kiszczaka i Michnika.
Dlaczego więc Nasza Prawica nie jest kompletnie w stanie już od dobrych kilkunastu lat zapobiegawczo uczyć się na własnych błędach? Bezmyślnie zapomina na każdym praktycznie kroku, że jedynie w tożsamościowo-konserwatywnej jedności pozapartyjnej tkwi ich miażdżąco-elektorska siła, dzięki której mandatowi ma obecnie jedyną i niepowtarzalnie realną (sic!) szansę odbudowy Rzeczypospolitej Polskiej w wytęsknionym przez naród duchu konserwatywno-liberalnych idei, tak bliskich nie tylko całej społeczności Chrześcijańskiej, ale generalnie wszystkim wolnym mentalnie ludziom prawego sumienia.
Im dłużej bowiem prawicowe UPR, PiS, LPR i antylewacka część PO nie będą potrafiły się (na kształt amerykańskich Republikanów) wspólnie w jeden wielki obóz polityczny (skutecznie ponad pomniejszymi podziałami) zjednoczyć, tym nie mają nawet najmniejszych szans zaprowadzić na ziemiach polskich nowego antyokrągłostołowego ładu, zwanego dumnie IV Rzeczypospolitą Polską - i to są oczywistości, względem których człowiek rozsądny nie ma nawet najmniejszych wątpliwości, stąd dobrze by było, aby to również liderzy powyższych ugrupowań w końcu dosadnie przyjęli do swoich krótkowzrocznie zacietrzewionych świadomości, że sami w pojedynkę kompletnie nic na polskiej scenie politycznej w dłuższej perspektywie nie znaczą, gdyż nawet nie są w stanie ustanowić nowej praworządnej Konstytucji, dającej trwały fundament pod (gołosłownie szumnie zapowiadany) odrodzony w wolności i sprawiedliwości ustrój, a co dopiero mówić tutaj o głębokiej kontrrewolucyjnej modernizacji przegniłej socjalistycznym zniewoleniem III RP, w której wyłącznie zdecydowana większość parlamentarna ma wystarczające narzędzia do faktycznego optymizmu na lepszą światlejszą przyszłość dla całej Polski i wszystkich Polaków.
Mam przeto nadzieję, że poniższa wczorajsza wypowiedź jednego z czołowych liderów UPRu zwiastuje niniejszym coś więcej, niż tylko samą świadomość owych zjednoczeniowych potrzeb Polskiej Prawicy, bowiem takie aspiracje ponoć już od dłuższego czasu przyświecają nawet samemu prezesowi PiSu Jarosławowi Kaczyńskiemu, aby republikański odpowiednik amerykański miał również w Naszych krajowych realiach pragmatyczną rację bytu... oby tylko można było uświadczyć tego wielkiego pojednania konserwatywnie-liberalnego jeszcze przed kolejnymi wyborami do Sejmu i Senatu, a wówczas będzie można zacząć w końcu raźniej patrzeć w nadchodzącą przyszłość z krajowej (boleśnie poranionej) perspektywy.
12 kwietnia 2007
Gdzie jesteśmy; dokąd zmierzamy?
Tymczasem UPR jest idealnie centrową partią Prawicy, dla nas PO, PiS i LPR to odchylenia od wzorca Prawicy (rozumianej jako "konserwatyści" w sensie amerykańskim, a "liberałowie" w sensie klasycznym) w kierunku, odpowiednio: "liberalizmu amerykańskiego" (czyli urynkowionej socjal-d***kracji), etatyzmu, i narodowo-religijnym. W amerykańskiej Partii Republikańskiej te wszystkie nurty kłócą się zajadle, ale na wybory idą razem.
Bo tam jako forum porozumienia służy apolityczna masoneria - a w Polsce skłóca nas bezpieka - pilnująca, by dotrzymane było postanowienie z Magdalenki, że Prawica nigdy nie dojdzie do władzy.
Przypominam (pisałem już o tym), że gdzieś w 1996 bodaj roku miało być podpisane porozumienie 10 partyj prawicowych. Na Politechnice Warszawskiej. Były nawet liczne kamery telewizyjne. I nagle za pięć dwunasta (chyba nawet: za trzy dwunasta...) jedna z tych partyj się wyłamała - i wszystko poszło w Diabły. Dziś czytam, że nie tylko ona była opanowana przez bezpiekę. Jej agenci w innych partiach też wykorzystali moment i pretekst, by zerwać rozmowy - bo właściwie czemu nie podpisało tego pozostałe 9 partyj?
Janusz Korwin-Mikke



Komentarze
Pokaż komentarze (7)