Jak edukacja wychodzi na zdrowie
Wspominając o konieczności likwidacji czwartego sposobu wydawania pieniędzy przy przekształcaniu socjalistycznego modelu państwa na model konserwatywnie-liberalny, wskazałem na dwa instrumenty umożliwiające osiągnięcie tego celu. Jednym z nich była prywatyzacja sektora publicznego, a w szczególności takich jego segmentów, jak edukacja, ochrona zdrowia, opieka społeczna i ubezpieczenia. Socjalistyczna propaganda dość skutecznie wmówiła ludziom, że wchłonięcie tych dziedzin życia przez sektor publiczny dokonało się w interesie ludzi ubogich i stanowi wielką zdobycz. Tymczasem jest akurat odwrotnie, o czym może łatwo przekonać się każdy, kto cokolwiek w życiu kupował.
Wszyscy bowiem, korzystając z tzw. służby zdrowia, czy „placówek edukacyjnych", jesteśmy w gruncie rzeczy nabywcami pewnej usługi. Wbrew bowiem propagandowej retoryce, a nawet oczywiście kłamliwym deklaracjom konstytucyjnym (art. 70 ust. 2 konstytucji: „nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna"), wszyscy za te usługi płacimy, nawet jeśli akurat osobiście ich nie potrzebujemy. Gdyby bowiem np. ochrona zdrowia, albo edukacja rzeczywiście były bezpłatne, to ani lekarze, ani nauczyciele nie otrzymywaliby pensji. Tymczasem i jedni i drudzy jakieś tam pensje otrzymują, a to jest wystarczający dowód, że wytwarzane przez nich usługi są jednak opłacane, czyli nie są bezpłatne. Skoro zaś wiemy już, że nie ma świadczeń bezpłatnych, możemy zastanowić się, czy przyjęty sposób płacenia jest rzeczywiście najlepszy z możliwych, czy jednak nie.
Rzut oka przekonuje nas, że sposób przyjęty w socjalizmie jest najgorszy z możliwych. Po pierwsze dlatego, że płacimy nie tylko koszty samej usługi, które, nawiasem mówiąc, stanowią zaledwie część płaconej przez nas ceny, ale również wynagrodzenie pośredników, którzy pośrednictwo swoje narzucają nam pod przymusem. Schemat jest następujący: najpierw opłacamy ludzi, którzy w budżecie państwa ustalają ogólną wartość usług, dajmy na to medycznych, w danym roku. To są koszty ministerstwa oraz część kosztów Sejmu, Senatu i prezydenta. Następnie opłacamy koszty ściągnięcia od nas podatków, przeznaczonych na sfinansowanie tych usług, a więc koszty Urzędowów skarbowych. Z kolei pieniądze nasze przeznaczane są również na utrzymanie państwowej oraz samorządowej administracji, zarządzającej sektorem ochrony zdrowia, czy edukacji. Ci ludzie ani nikogo nie leczą, ani nikogo nie uczą i w warunkach dobrowolności nigdy byśmy ich nie opłacali, Opłacamy ich, bo musimy, co dowodzi, że prawa narzucające nam taki przymus uchwalane są w interesie tych ludzi, a nie w naszym interesie. Wreszcie, po opłaceniu tych wszystkich pośredników, płacimy również za rzeczywiste usługi, to znaczy porady lekarskie, zabiegi, operacje, pobyt w szpitalu, a także opłacamy wynagrodzenia personelu medycznego, wliczając w to ich podatki dochodowe, składki na ubezpieczenie społeczne i wynagrodzenia, że tak powiem, czyste. Nietrudno zauważyć, że ludzie rzeczywiście wykonujący dla nas usługi medyczne, czy edukacyjne, znajdują się na samym końcu łańcucha pośredników, zatem nie jest dziwne, że dociera do nich tylko ta część pieniędzy, która pozostanie po przejściu przez wcześniejsze ogniwa tego łańcucha. Prywatyzacja edukacji, czy ochrony zdrowia oznacza więc, tak naprawdę, pozbycie się pośredników. W miejsce dotychczasowego, socjalistycznego schematu opłacania tych usług poprzez łańcuch pośredników, pojawiłby się schemat wolnorynkowy: za usługę płaci ten, kto z niej korzysta i płaci bezpośrednio temu, od kogo ją kupuje. Jest oczywiste, że schemat wolnorynkowy jest tańszy od socjalistycznego, ponieważ odpadają koszty przymusowego pośrednictwa, które z reguły są bardzo wysokie. Wynika z tego, że propaganda strasząca ludzi, że w razie prywatyzacji ochrony zdrowia, umieraliby - koniecznie dlaczegoś - „pod płotami", jest pozbawiona jakichkolwiek racjonalnych podstaw. Jeśli dzisiaj są w stanie opłacić rzeczywiste koszty usług medycznych oraz wynagrodzenia pośredników, to dlaczego nie byliby w stanie opłacić samych tylko kosztów usług medycznych? Zwróćmy uwagę, że przy ogólnym obniżeniu podatków, również koszty tych usług odpowiednio by się zmniejszyły, a zatem premia za prywatyzację byłaby większa, niż wynikałoby to z prostego odjęcia kosztów pośrednictwa od ogólnych kosztów ochrony zdrowia.
Przy finansowaniu ochrony zdrowia warto zwrócić uwagę, że w schemacie socjalistycznym jednakowo obciążony jest zarówno ten, który rzeczywiście z usług medycznych korzysta, jak i ten, który nie korzysta z nich niekiedy przez całe lata. Nazywa się to sprawiedliwością społeczną albo społeczną solidarnością, ale tak naprawdę jest to zwyczajne zmuszenie jednych ludzi do wzięcia na swoje utrzymanie innych ludzi. Z żadną sprawiedliwością nie ma to oczywiście nic wspólnego, co szczególnie łatwo wykazać na przykładzie narkomanów. Szkodliwość narkomanii dla zdrowia jest naukowo udowodniona i powszechnie znana, również dzięki akcjom uświadamiającym. Mimo to zjawisko narkomanii raczej systematycznie narasta, ze wszystkimi tego konsekwencjami medycznymi dla osób uzależnionych od tego nałogu. Państwo z jednej strony próbuje zwalczać narkomanię poprzez wprowadzanie kar za handel narkotykami, ale z drugiej - co i rusz obdarza narkomanów jakimiś przywilejami, w szczególności możliwością leczenia skutków nałogu na koszt innych podatników, którzy akurat narkotyków nie zażywają. Krótko mówiąc, porządny młody człowiek musi oddawać część swojego zarobku na leczenie narkomana, chociaż ani nie kazał mu się narkotyzować, ani z jego nałogu nie odniósł żadnej korzyści. Jest to oczywiście niesprawiedliwe i nie ma nic wspólnego z solidarnością. Trzeba to nazwać wspieraniem przez prawo zwykłego pasożytnictwa. Jest to nie tylko niemoralne, ale i nierozsądne, zwłaszcza na dłuższą metę. Laureat Nagrody Nobla z ekonomii z roku 1992, prof. Gary Stanley Becker zauważył, że ludzie zachowują się tak, jakby kalkulowali, i że w tej kalkulacji mają skłonność poruszania się po linii najmniejszego oporu. Jeśli zatem prawo oferuje cały system zachęt do pasożytowania na innych ludziach, to z całą pewnością nie zabraknie chętnych do skorzystania z takiego radosnego przywileju. Objawia się to m.in. w niefrasobliwym podejściu do spraw własnego zdrowia, bo nawet taki lekceważący stosunek wcale nie musi pociągać za sobą przykrych konsekwencji, przynajmniej finansowych. Sama bowiem natura jest, jak dotąd, niebywale odporna na socjalizm i nadal funkcjonuje według związku przyczynowo-skutkowego.
Podsumowując prywatyzację sektora ochrony zdrowia i przywrócenia wolnorynkowej zasady, że za usługę medyczną płaci ten, kto korzysta i temu, od kogo ja kupuje, konserwatywni liberałowie mają świadomość, iż nadal będą trafiać się w społeczeństwie jednostki lekkomyślne, albo dotknięte nieszczęściem, które nie będą w stanie opłacić kosztów swego leczenia. Uważają jednak, że ze względu na ten stosunkowo nieliczny margines nie powinno się psuć normalnych mechanizmów rynkowych i zakłócać procesów ekonomicznych. Dlatego też pożądanym uzupełnieniem rynku usług medycznych byłaby enklawa medycznych usług charytatywnych, świadczonych przez związki wyznaniowe i ludzi dobrej woli. Naturalnie władze publiczne nie mogłyby, ani nawet nie powinny aktywnie wspierać tego rodzaju działalności, bo oznaczałoby to zachowanie ogniska socjalizmu. Władze publiczne powinny dbać o możliwie jak najniższy poziom obciążeń fiskalnych, żeby obywatele byli w stanie realizować religijne wymagania w zakresie miłości bliźniego.
Przy okazji byłby to dobry sprawdzian, czy Polacy naprawdę są narodem chrześcijańskim, czy też tylko udają. Przedstawiając pewnego razu poglądy konserwatywno-liberalne na kwestie działalności charytatywnej na spotkaniu z klerykami jednego z polskich seminariów duchownych, spotkałem się z repliką, że gdyby nie było przymusu dzielenia się dochodami z innymi osobami, czyli gdyby nie było socjalistycznego systemu redystrybucji dochodów poprzez budżet, to nikt nie chciałby pomagać ludziom biednym. Odpowiedziałem na to, że nie można uważać, iż Ewangelia Chrystusowa nie nadaje się do zastosowania w życiu i nadal być księdzem katolickim. Gdyby Pan Jezus uważał, że należy znacjonalizować miłość bliźniego, to z pewnością wystarczyłoby Mu kompetencji, by przedstawić apostołom kompletny system redystrybucji dochodów ze wszystkimi szczegółami. Skoro tego nie zrobił, to być może chciał, żeby ludzie pomagali innym nie dlatego, że muszą, ale mimo to, że nie muszą. Dotychczasowe doświadczenia wydają się dobrze świadczyć o wrażliwości Polaków na potrzeby współobywateli. Podczas powodzi społeczeństwo zachowało się znakomicie, również pod względem ofiarności materialnej, chociaż czasy były, jak to się mówi, ciężkie. Gdyby więc pozostawić ludziom do swobodnej dyspozycji większą cześć ich dochodów, która obecnie jest konfiskowana w podatkach, to nie ma powodu do obaw, że charytatywna enklawa na rynku usług medycznych zniknęłaby z braku środków. Pragnę jednak podkreślić, że byłaby ona tylko uzupełnieniem systemu rynkowego.
Jeśli chodzi o prywatyzacje sfery usług edukacyjnych, to dobrym wstępem do tej operacji byłby czek oświatowy. Konserwatywni liberałowie występowali z ta propozycją już w latach 80. Sam miałem w tym pewien udział, wydając w drugim obiegu książkę Miltona Friedmana „Wolny wybór", jak również książkę Guy Sormana „Rozwiązanie liberalne", dzięki którym polski czytelnik miał sposobność zapoznania się z pomysłem czeku oświatowego. Polega on na tym, że zachowując publiczny charakter finansowania tej sfery usług, wprowadza się elementy wolnego wyboru i konkurencji. Każde dziecko w wieku szkolnym wyposażone byłoby w czek opiewający na konkretną kwotę. Rodzice płaciliby tymi czekami szkołom za naukę swoich dzieci. Czek oświatowy nie mógłby służyć do regulowania żadnych innych należności, ale też szkoły dostawałyby tylko tyle pieniędzy, ile czeków oświatowych zdołałyby zgromadzić. Jeśli uczeń zmieniałby szkołę, jego czek podążałby za nim. Zachęcałoby to szkoły do przyciągania uczniów, zaś rodzicom dawałoby prawo wyboru. Czek oświatowy nie jest konieczny dla przeprowadzenia prywatyzacji sfery usług edukacyjnych, ale jest dla niej pożyteczny ze względów psychologicznych. Dzięki czekowi oświatowemu nauczyciele szybciej i lepiej uświadomiliby sobie, że tak naprawdę pracodawcą nie jest „państwo", tylko rodzice uczniów. Z kolei rodzice mogliby lepiej zrozumieć, że to na nich przede wszystkim spoczywa odpowiedzialność za właściwe wykształcenie dzieci. Przy powszechnym zrozumieniu tych rzeczy sam proces prywatyzacji sfery usług edukacyjnych przebiegałby sprawniej i bez społecznych niepokojów. Zalety czeku oświatowego doceniły, przynajmniej werbalnie, różne ugrupowania polityczne w Polsce, a Akcja Wyborcza „Solidarność" uczyniła z niego jeden z przebojów swojej kampanii wyborczej w roku 1997. Niestety, po objęciu władzy w koalicji z Unia Wolności bardzo szybko o swoich solennych obietnicach wprowadzenia czeku oświatowego zapomniała. Nietrudno odgadnąć przyczynę tej amnezji. Otóż czek oświatowy musiałby mieć jakiś nominał, wskazujący na konkretną kwotę. Z całą pewnością znalazłoby się wielu wścibskich rodziców, którzy zajrzeli do Rocznika Statystycznego i liczbę uczniów szkół publicznych pomnożyliby przez wartość czeku oświatowego, a następnie porównaliby ten iloczyn z kwotą wydatków budżetowych na edukację dzieci i młodzieży. Z całą pewnością pojawiłyby się wówczas coraz bardziej natarczywe pytania, dlaczego różnica między obydwoma kwotami jest taka duża i na co właściwie jest przeznaczana. Ponieważ ta różnica, to jest właśnie koszt utrzymania przymusowych pośredników działających na rynku usług edukacyjnych, to władze przezornie wolały czeku oświatowego na wszelki wypadek nie wprowadzać. Przeforsowały natomiast reformę, która przy utrzymaniu publicznego finansowania usług edukacyjnych, podwajała liczbę stanowisk dyrektorskich w oświacie i powiększała administrację. Zadaniem finansowania szkół zostały obciążone samorządy terytorialne, na co otrzymują od rządu subwencję celową, którą mogą uzupełniać środkami własnymi. Widzimy zatem wyraźnie, że działania koalicji AW"S"-UW poszły w kierunku „dalszego doskonalenia" rozwiązań socjalistycznych, a więc w kierunku odwrotnym w stosunku do projektów konserwatywno-liberalnych. Nie ma zatem żadnej przesady w określeniu „socjaliści pobożni", jakim scharakteryzowałem AW"S", w odróżnieniu od socjalistów bezbożnych z Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Socjaliści pobożni w całkowitej harmonii z socjalistami bezbożnymi przeforsowali też reformę systemu ubezpieczeń społecznych. W mojej opinii jest ona bardzo niedobra, ale muszę lojalnie przyznać, że rozwiązanie tej sprawy, proponowane przez konserwatywnych liberałów jest również niedobre. Niestety, sprawy zaszły tak daleko, że nie ma już rozwiązań dobrych; są tylko bardziej lub mniej złe. Rozwiązanie proponowane przez konserwatywnych liberałów jest też złe, ale jest najmniej złe spośród innych rozwiązań. Ale o tym w kolejnym szkicu.
Stanisław Michalkiewicz w książce „Dobry „zły" liberalizm" z 2005 roku




Komentarze
Pokaż komentarze (7)