2007-06-05
Ten, który pokonał imperium zła
„Cokolwiek powie historia o mnie, gdy odejdę, mam nadzieję że zapamięta to, iż odwoływałem się do największych nadziei, a nie do najsilniejszych lęków, do waszego zaufania, a nie do wątpliwości. Moim marzeniem jest, by wszyscy Amerykanie podążali przed siebie w świetle pochodni wolności, która wskazując drogę nie pozwala zboczyć ze szlaku". (Ronald Reagan w przemówieniu z 17 sierpnia 1992 r.).
W przedmowie do wydanego dwa lata temu, staraniem wydawnictwa „Arwil", wyboru przemówień prezydenta Ronalda Reagana pt. „Moja wizja Ameryki", prof. Marek Chodakiewicz z Instytutu Światowej Polityki w Waszyngtonie, ze szczególnym wzruszeniem przypomina, jak równo 3 lata temu Ameryka żegnała jednego ze swoich najwybitniejszych prezydentów. Warto zacytować tutaj fragment tej przedmowy, by uświadomić nam wszystkim kim był ów polityk dla swoich rodaków. Warto to zrobić także dlatego, że niemałe zasługi położył i dla nas - Polaków:
„Kolega z żoną stanął w kolejce o godz. 11, a o 2 rano zrezygnował. Nie było szans na szybkie dobicie do celu. Dwa dni wcześniej jedna z moich studentek czekała od 3 do 8 nad ranem. Ledwo zdążyła do pracy, na seminarium była nieprzytomna. Ostrzegała mnie przed kolejką. „No cóż", - odparłem. - „On tyle zrobił dla mnie. Nieprzyzwoicie byłoby gdybym tylko o nim gadał, czy pisał. Muszę ruszyć się i osobiście pochylić nad Jego trumną. (...) Całość przemarszu trwała około 45 sekund. Czekaliśmy 7 godzin. Było warto. Inni myśleli podobnie. W ciągu 3 dni, oprócz mnie, około 100 tysięcy ludzi stało w kolejce, aby Go zobaczyć po raz ostatni".
Kiedy w roku 1980 obejmował urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, kraj pogrążony był w głębokim kryzysie gospodarczym, a równowaga sił na świecie kontrolowana była przez dwa mocarstwa: USA i Związek Sowiecki. Gdy po ośmiu latach oddawał władzę w ręce swojego następcy - Jerzego Busha, gospodarka kwitła, a na scenie politycznej zostało już tylko jedno liczące się mocarstwo - jego ojczyzna. Nazywał się Ronald Wilson Reagan, a dziś obchodzimy 3 rocznicę jego śmierci.
Urodził się w roku 1911. Pomimo trudnego dzieciństwa (ojciec alkoholik), dzięki staraniom matki otrzymał porządne, tradycyjne wychowanie. Jego życie jest zatem zaprzeczeniem dla tak modnych dzisiaj teorii, jakoby warunki w jakich wychowuje się dziecko determinowały jego całe późniejsze życie. Ukończył z powodzeniem prywatny, ale nie cieszący się zbytnią renomą Eureka College, a potem pracował jako radiowy dziennikarz sportowy. Praca ta dała mu podstawy umiejętności obycia z publicznością. Przyczyniły się do tego również liczne jego występy jako konferansjera na festynach i bankietach. Był angażowany ze względu na swobodny, ale pełen taktu sposób bycia.
Następnie trafił do Hollywood, gdzie nie zrobił olśniewającej kariery, lecz był uważany za dobrego aktora. Nie miał większych kłopotów z angażami. Tu poznał swoją żonę - Nancy - także aktorkę. Po ślubie Ronald Reagan zatrudnił się w koncernie General Electric, jako specjalista od public relations. Nie tylko występował w telewizji w cyklicznych programach promocyjnych, ale także jeździł po całych Stanach, do licznych filii swojej firmy, spotykał się z ludźmi, rozmawiał z nimi i poznawał ich problemy. W tym czasie żywo interesowała go polityka. Jakkolwiek w młodości był zdecydowanym zwolennikiem Partii Demokratycznej, to umiejętność obserwacji i wyciągania wniosków z faktów spowodowała u niego przemianę. Od lat 50. popierał partię republikańską, uważając, że jedynie tradycyjne wartości głoszone przez prawicę w połączeniu z liberalizmem gospodarczym mogą przyczynić się do rozwoju i zwiększenia dobrobytu.
W kampanii wyborczej w roku 1964 wygłosił w telewizji znakomite przemówienie na rzecz Barry'ego Goldwatera - ówczesnego kandydata republikańskiego na prezydenta. Ta mowa została dostrzeżona i można dziś powiedzieć, że stała się punktem zwrotnym w karierze Reagana. Dzięki niej w 2 lata potem zaproponowano mu kandydowanie na fotel gubernatora w prawdziwym bastionie Demokratów - w stanie Kalifornia. Zgodził się i pomimo nikłych szans, zadziwił wszystkich i wygrał.
Styl rządów nowego gubernatora mógł się nie podobać. Był stanowczy, pewny siebie, wiedział czego chce i jak to osiągnąć. Bardzo szybko rozprawił się z radykalnie lewicowymi ugrupowaniami studenckimi, które próbowały wszcząć rozruchy na ulicach kalifornijskich miast. Wysłał po prostu przeciw nim oddziały policyjne z rozkazem rozproszenia tłuszczy i aresztowania najbardziej niepokornych demonstrantów. Nie negocjował, nie pytał o postulaty - po prostu uważał, że jego zadaniem jest zaprowadzenie porządku i umożliwienie mieszkańcom stanu normalnego życia w warunkach wolności. Rozruchy trwały 3 miesiące, ale gubernator dopiął swego.
Po raz drugi został wybrany gubernatorem stanu w roku 1970. Udało mu się to pomimo wydarzeń o których pisałem w poprzednim akapicie, a które miały miejsce zaledwie rok wcześniej. Ponowna elekcja pozwoliła mu na dalszą pracę na rzecz uzdrowienia gospodarki Kaliforni. Rozpoczął od reformy systemu opieki społecznej. Zaostrzył kontrolę nad wydatkowaniem finansów na zasiłki, ograniczył ich wzrost i kryteria przyznawania. Obniżył także podatki, co pozwoliło gospodarce wziąć oddech, a przedsiębiorcom zainwestować nowe środki w swoje przedsiębiorstwa. Pomimo faktu, że pod koniec drugiej kadencji jego popularność była niekwestionowana i z pewnością wygrałby w cuglach kolejną elekcję, Ronald Reagan nie zdecydował się kandydować. Postanowił poświęcić się rodzinie.
Kiedy jednak w roku 1976 republikański prezydent Gerald Ford został niespodziewanie pokonany w wyborach prezydenckich przez Cartera, Reagan zdecydował się powrócić na scenę polityczną. Uzyskał nominację partii i w cztery lata później rozgromił Cartera uzyskując poparcie ponad połowy elektoratu. To umożliwiło mu wprowadzenie w życie planu, który od jego nazwiska nazwano później „reaganomiką", a którego błogosławione skutki Amerykanie odczuwają w niektórych dziedzinach jeszcze po dzień dzisiejszy. W skrócie mówiąc teoria ta opierała się na założeniu, że obniżka podatków i radykalne cięcia wydatków budżetowych mają pobudzić uśpioną amerykańską gospodarkę, stworzyć dogodne warunki do inwestowania i wzrostu gospodarczego.
Pomimo dominacji Demokratów w Kongresie, popularność nowego prezydenta była tak duża, że bez większych kłopotów przeprowadzał przez obie izby parlamentu większość swych projektów. Udało mu się zdusić inflację dzięki drastycznemu zwiększeniu oprocentowania depozytów. To uspokoiło rynek i zahamowało odpływ kapitału. Zaczęto więcej inwestować w gospodarkę. Potem nastąpiło obniżenie podatków. Najwyższy przedział podatkowy za Cartera wynosił 70%! Proszę sobie wyobrazić kto chciałby oddawać państwu 70% zarobionych pieniędzy. Reagan zmniejszył ten przedział ponad dwukrotnie. Najbogatsi zaczęli płacić do budżetu zaledwie 28% swych dochodów. Pozwoliło to im na zainwestowanie znacznie większych pieniędzy w tworzenie nowych miejsc pracy, a więc zmniejszyło się bezrobocie. W związku z tym firmy amerykańskie, mając większy potencjał zaczęły więcej produkować. Ich towary były tańsze niż zagraniczne, gdyż koszty ich wytworzenia, dzięki niskim podatkom, niskiej cenie benzyny i energii, były znacznie mniejsze. To napędziło koniunkturę powodując niespotykany w nowożytnych dziejach wzrost.
Niewątpliwą zasługą prezydenta Reagana było doprowadzenie do upadku Związku Sowieckiego. Do dziś nazywa się go często „człowiekiem, który pokonał imperium zła". Udało mu się dzięki wprowadzeniu w życie radykalnych metod. Uważał, że żadne układy, rozmowy i negocjacje nie załatwią nigdy bezpieczeństwa Ameryce. Owszem, można i trzeba rozmawiać, ale najważniejsze jest uzyskanie takiej przewagi, która zagwarantuje pokój na długie lata. Jako pierwszy od czasów Kennedy'ego przywódca amerykański zastosował wariant siłowy. Tyle tylko, że w przeciwieństwie do demokraty, był do końca konsekwentny.
Rzucił wyzwanie Związkowi Sowieckiemu eskalując wyścig zbrojeń i nadając mu takie tempo, że słabiutka gospodarka komunistyczna nie była w stanie go wytrzymać. Doprowadził ZSRS do kryzysu, którego skutki jego spadkobiercy odczuwają do dnia dzisiejszego. Tymczasem gospodarka amerykańska, pomimo olbrzymich nakładów kierowanych na zbrojenia, rozwijała się dzięki „reaganomice" znakomicie. Udało się nawet zmniejszyć do rozsądnych rozmiarów deficyt budżetowy.
Szaleńcze tempo zbrojeń nie przyczyniło się do wzrostu jego popularności. Pacyfistycznie nastawiona amerykańska młodzież i w znakomitej większości lewicowo ukierunkowane media nasilały protesty przeciwko eskalacji wyścigu zbrojeń. Prezydent jednak, przekonany do swojej słuszności nie zaprzestał realizacji tej strategii. Dzięki tej charyzmie i zdecydowaniu udawało mu się przekonać Kongres do zwiększenia wydatków na wspieranie ruchów antykomunistycznych w różnych częściach świata, m.in. i w Polsce. Przyszłość pokazała, że była to polityka skuteczna. Pierwsze lody puściły w roku 1987, kiedy to w Waszyngtonie podpisany został traktat o obustronnym wycofaniu z Europy rakiet średniego zasięgu. Reagan wiedział już, że wygrał, Gorbaczow zaś wiedział, że przegrał. Był to początek końca ZSRS.
Konstytucja Stanów Zjednoczonych ogranicza możliwość kandydowania na urząd prezydencki do dwóch razy. A zatem, w roku 1988 republikanie musieli wystawić do wyborów innego kandydata. Został nim dotychczasowy wiceprezydent - Jerzy Bush. Wybory wygrał, co stanowiło czytelny sygnał, że Amerykanie życzą sobie kontynuacji dotychczasowej polityki. Osoba bliskiego współpracownika Ronalda Reagana miała stanowić gwarancję, że tak właśnie się stanie. Niestety, Bush okazał się politykiem nie posiadającym kręgosłupa. Nie mógł przekonać Kongresu do kolejnych radykalnych zmian, a także stracił poparcie społeczeństwa. Chęć odzyskania autorytetu skłoniła Busha do pójścia na ustępstwa wobec Demokratów. Niestety pojednawcze kroki zostały przyjęte jako wyraz słabości prezydenta, a demokratyczne projekty, które musiał realizować doprowadziły do przyhamowania tempa rozwoju. To wszystko spowodowało wielką przegraną Busha i republikanów w roku 1992.
Sam Reagan wycofał się z życia politycznego. Osiadł na łonie rodziny, by walczyć z postępującą chorobą Alzheimera. Nie krył się z tym wstydliwie. Wiedział, że tę walkę o zdrowie przegra. 5 listopada 1994 r. ogłosił światu, że cierpi na tę straszliwą chorobę. Było to jego ostatnie, publiczne oświadczenie. Zmarł 3 lata temu, 5 czerwca 2004 r.
Analizując postać i dokonania prezydenta Ronalda Reagana nie sposób oprzeć się wrażeniu, że był postacią w dzisiejszym świecie nietuzinkową. Potrafił iść pod prąd, pomimo nawet niewielkich szans na zwycięstwo. Charyzma, determinacja i zdecydowanie, jak się okazało, były źródłem jego sukcesów - pozwalały mu przekraczanie Rubikonu prawie za każdym razem gdy chciał to uczynić.
Reagan jest poza tym przykładem demokratycznego polityka, który dzięki cechom swojej osobowości i umiejętnościom potrafił wykorzystać demokrację do zwiększenia zakresu wolności jednostki. Aby do tego doprowadzić trzeba był nie lada umiejętności, gdyż demokracja ma raczej skłonności do ograniczania praw jednostki, co też obserwujemy w wielu tak rządzonych państwach, w tym i w Polsce. Przykład tej postaci dowodzi również, że władza, jeśli działa dla dobra Narodu, potrafi ograniczać swe naturalne zapędy do nadmiernego wzrostu. Prezydent za punkt honoru przyjął sobie bowiem zmniejszenie administracji i biurokracji.
Walczył z samowolą związków zawodowych, czego doskonałym przykładem jest rozprawienie się ze strajkiem kontrolerów ruchu lotniczego, gdy ten paraliżował komunikację w kraju. Reagan po prostu z dnia na dzień zwolnił ich z pracy, zatrudniając na ich miejsce kontrolerów wojskowych. Jakżeż taka stanowczość przydałaby się dziś w naszym kraju! Niestety nasi politycy wolą bawić się w układy ze związkami i to nie tylko dlatego, że w większości z tych związków wyrośli. Tak jest po prostu łatwiej. By pokusić się o wprowadzenie „reaganomiki" w naszym kraju trzeba mieć za sobą albo wielkie poparcie społeczne, albo armię. Na to jednak nikt ze współczesnych polityków polskich liczyć nie może. Może właśnie dlatego, że brak im odwagi prezydenta Reagana, który w amerykańskich badaniach opinii społecznej pod względem zasług dla swojego kraju ustępuje jedynie Jerzemu Waszyngtonowi.




Komentarze
Pokaż komentarze (4)