100 obserwujących
747 notek
897k odsłon
  1382   0

Awantura warszawska 1944 – prowodyrzy i zbrodniarze

Wybór dużego miasta jako miejsca stoczenia walnej bitwy jest równoznaczny uwikłaniu się w przewlekłe walki uliczne. Decyzja taka oznacza nieuchronne cierpienia dla ludności cywilnej, ponieważ bój będzie się toczył w jej miejscach zamieszkania, z których nie sposób uciec gdzieś na prowincję. Walki uliczne to zmagania prowadzone w zwarciu, na niewielkich dystansach, przy stosunkowo dużym natężeniu ognia. Bitwa toczy się o poszczególne kwartały, domy, mieszkania. O tereny gęsto zasiedlone. Strona silniejsza nie zważa na cywilów, strona słabsza nie jest w stanie cywilów uchronić od strat. Nie ma możliwości, aby obyło się bez dramatu ludności. Nie ma sposobu, by ocalić miasto od druzgocących zniszczeń. Nie ma, nawet gdyby obie walczące strony starały się cackać z cywilami. A gdy przeciwnik znany jest z nieludzkiego stosunku do ludności, to należy przyjąć, że po wybuchu walk bynajmniej nie złagodnieje.

To nie jest wiedza tajemna, lecz oczywistości:
 
Przy obecnym stanie sił niemieckich w Polsce i ich przygotowaniach przeciwpowstańczych, polegających na rozbudowie każdego budynku zajętego przez oddziały, a nawet urzędy w obronne fortece z bunkrami i drutem kolczastym, powstanie nie ma widoków powodzenia. […] W obecnym stanie przeprowadzenie powstania, nawet przy wybitnym zasileniu w broń i współdziałaniu lotnictwa i wojsk spadochronowych, byłoby okupione dużymi stratami.
 
Czy można się nie zgodzić z taką oceną? Nie można. Istotnie, jeśli wróg skrył się za fortyfikacjami, to lekka, niedozbrojona piechota nie ma szans niczego osiągnąć. Któż to poczynił te trzeźwe uwagi? Powyższy cytat to fragment depeszy dowódcy AK do rządu w Londynie z 14 lipca 1944 r. Nie był to jakiś jednorazowy wyskok Bora-Komorowskiego, już w marcu bowiem podjął decyzje o wyłączeniu Warszawy z planu „Burza” aby uniknąć zniszczeń i zaoszczędzić cierpień ludności cywilnej. [1] No a skoro walk w stolicy miało nie być, to i broń nie była tam do niczego potrzebna. Warszawskie magazyny z bronią opróżniano i wysyłano na prowincję. 7 lipca Bór rozkazał wysłać do okręgów wschodnich 900 pistoletów maszynowych, a około 20 lipca z miasta wyprowadzono kolejne 60 pm wraz z amunicją. Prawie 1000 pistoletów maszynowych, najbardziej użytecznej broni do walki na małe odległości, wywędrowało w lipcu z Warszawy. Takiej ilości tego typu broni nie miało całe warszawskie zgrupowanie AK, które 1 sierpnia przystąpiło do walki.
 
21 lipca Bór nagle zmienił zdanie. Los ludności cywilnej i miejskiej substancji przestał go interesować. Wszelkie rozsądne zastrzeżenia poszły w kąt. Stały się nieważne, chociaż od 14 do 21 lipca Niemcy swój potencjał obronny rozbudowali, zaś warszawskie AK zostało w dużej części rozbrojone. Wydawało się, że w takiej sytuacji myśli o powstaniu należy porzucić. Tymczasem sprawy miały się dokładnie przeciwnie.
 
Co zatem stało się między 14 a 21 lipca? Skąd się wzięły nagle widoki powodzenia?
 
Zmiana kalkulacji nastąpiła pod wpływem wieści o zamachu na Hitlera oraz klęski Wehrmachtu na wschodzie. Rychły kolaps III Rzeszy, rozpad jej władz i powtórka z 1918 roku jawiła się nie jako jedna z prawdopodobnych ewentualności rozwoju sytuacji, lecz jako pewnik:
 
Wiara i pewność zwycięstwa były niezachwiane, a najmniejsza wątpliwość czy zastrzeżenie były kwalifikowane jako małoduszność i defetyzm. [2]
 
O ile tego typu radosny optymizm nie jest niczym dziwnym u kibiców udających się mecz ukochanej drużyny, to jako element planowania operacji wojskowo-politycznej jest po prostu nie na miejscu. Lekceważenie przeciwnika i liczenie się jedynie z powodzeniem kompromituje Komorowskiego, Okulickiego i Pełczyńskiego jako oficerów – a właśnie te trzy fenomeny odpowiadają za tragedię Warszawy. Wstępna decyzja o powstaniu była wstępem do zbrodni na ludności stolicy i samym mieście.
 
Podjąwszy decyzję trzej stratedzy przystąpili do szczegółowego rozbioru swojego niezwykłego pomysłu. Na początek zademonstrowali głęboką znajomość sztuki wojennej wysyłając do Londynu ultymatywną prośbę o zrzut w Warszawie Brygady Spadochronowej. Następnie, w tym samym duchu nie zwracania uwagi na drobiazgi przyjęli, że celem powstania jest uprzedzenie Rosjan i opanowanie miasta tuż przed wkroczeniem do Warszawy wojsk sowieckich. Te dwie kwestie należy wyjaśnić bardziej szczegółowo, ponieważ dowodzą one skrajnej niekompetencji najwyższych czynników w Komendzie Głównej AK.
 
Zrzut Brygady i oczekiwanie „wkroczenia” armii sowieckiej do Warszawy bezpośrednio dowodzą, że trzej geniusze nigdy wcześniej nie widzieli mapy Europy. A jeśli nawet widzieli, to nie potrafili zrozumieć, że to nie Europa jest taka mała, lecz podziałka mapy duża. W konsekwencji:
a)    przelot powolnych samolotów transportowych, z których część holuje szybowce, możliwy jest wyłącznie w przypadku braku przeciwdziałania przeciwlotniczego. W praktyce oznaczało to, że wtargnięcie w przestrzeń powietrzną przeciwnika może liczyć na szanse powodzenia (czyli możliwy do przyjęcia % strat) tylko na małych dystansach, jak na Sycylii czy w Normandii (doświadczeń Arnhem jeszcze nie znano). O „małym dystansie” w przypadku lotu Anglia-Warszawa nie sposób mówić. Podobnie jak o zasięgu operacyjnym podstawowego alianckiego samolotu transportowego C-47.
b)    ówczesne Niemcy, czyli obszar nad którym Brygada musiałaby lecieć, był wówczas największą na świecie koncentracją ciężkiej artylerii przeciwlotniczej. Wyładowany samolot transportowy leci dostojnie, nisko i powoli, nie jest zdolny do gwałtownych uników (szczególnie w razie obciążenia szybowcem), nie posiada opancerzenia. W odróżnieniu od bombowców jest wrażliwy na ostrzał nawet zwykłych karabinów maszynowych.
c)     na żądaniach inwencja suplikantów się skończyła. Wskazanie odpowiedniej lokalizacji miejsca desantowania Brygady przekraczało ich możliwości. Gdyby więc w angielskim sztabie siedzieli tacy sami dyletanci i wysłaliby Sosabowskiego, to jego żołnierze musieliby lądować między kominami na dachach kamienic, a szybowce między jedną barykadą a drugą. Niemcy nie musieliby nawet otwierać ognia…
d)    między nadciągającą armią sowiecką a Warszawą leżał duży, trudny do sforsowania rów przeciwczołgowy o nazwie „Wisła”. Informacja ta nie jest sensacją nawet dla uczniów II klasy kiepskiej podstawówki, jednak poziom byle uczyliszcza to i tak było zbyt wiele jak na strategów Komorowskiego. Notorycznie używano (a raczej – nadużywano) słowa „wkroczenie”, tak jakby między Pragą a Warszawą leżała pusta równina. Wisła była ostatnią wielką przeszkodą wodną przed granicami III Rzeszy i doprawdy nie trzeba było kończyć akademii wojskowych, aby się domyślić, iż Niemcy będą próbowali oprzeć obronę o wielką rzekę uprzednio wysadziwszy w powietrze mosty. W jaki sposób więc Sowieci mieli do Warszawy „wkroczyć”? Maszerując po dnie rzeki? A może akowskim generałom wydawało się, że ruski czołg to coś w rodzaju kanonierki? Kto wie, przy tak fachowym przygotowaniu zawodowym wszystko jest możliwe…
 
Wspomniałem, że do połowy lipca broń z Warszawy wywożono. Muszę jednak przyznać, że problem ów zainteresował strategów, nawet poczynili oni kroki mające na celu zaradzenie beznadziejnej sytuacji niedostatku narzędzi (dobre słowo) walki. Wciągnięty wkrótce do spisku przeciw Warszawie dowódca okręgu Chruściel szybko znalazł rozwiązanie: według jego recepty brak broni miała zastąpić furia odwetu. Jaka jest zdolność przeciwpancernego rażenia furią pojazdów opancerzonych – tego ów wybitny wódz nie ujawnił, ani wtedy, ani post factum. Wydaje się, że sam miał niejakie wątpliwości co do skuteczności oddziaływania furii, ponieważ przy następnej okazji zmodyfikował swój pomysł – powstańców pozbawionych broni (czyli,jak się okazało 1 sierpnia, 95% tych, którzy przystąpili do walki) należy uzbroić po zęby w siekiery, kilofy i łomy. [3] Jeszcze większym optymizmem wykazał się Delegat Rządu Jankowski, który na uwagę Jerzego Brauna, iż nie należy robić powstania, ponieważ żołnierze nie mają broni, odpowiedział beztrosko To ją sobie zdobędą. [4] Cóż prostszego! Idzie się z gołymi rękoma na bunkry i zasieki, po czym za chwilę wraca uginając pod ciężarem zdobyczy… Jedyną okolicznością łagodzącą dla Jankowskiego jest fakt, iż nie był żołnierzem i tylko dlatego za takie propozycje nie zasłużył na rozstrzelanie. Dla strategów z AK takiego alibi nie ma. Wysłanie 1 sierpnia ludzi szczerze oddanych Polsce z siekierami, kilofami i łomami na cekaemy masowo kończyło się tak, jak się skończyć musiało – stratami rzędu 70-80% stanów wyjściowych.
 
Jak geniusze od Komorowskiego wytłumaczyli się z tej zbrodni popełnionej na własnych żołnierzach? Sam Bór wyparł się odpowiedzialności ględząc coś o błędach oddolnych. To nie on, to ci głupkowaci powstańcy niższych szarży. Plan powstania był doskonały, tylko wykonawcy – czyli ci faceci uzbrojeni przez Chruściela w siekiery, kilofy i łomy – nawalili. Pełczyński z kolei stwierdził, że natarcia na silnie bronione pozycje nieprzyjaciela wykonano przez przeoczenie. [5] Mnie się czasami zdarza przeoczyć literówkę w świeżo napisanej notce na bloga, Pełczyński przeoczył różnicę między ufortyfikowaną siedzibą gestapo i SS a tekturową budką wartowniczą zaspanego wachmana. W każdym razie – on też niewinny. Winne stert powstańczych trupów jest jakieś tam czyjeś przeoczenie.
 
Z tym „planem powstania” to moje drobne nadużycie. Mimowolne. Normalny człowiek przed podróżą sprawdza trasę przejazdu, tankuje samochód, bierze na drogę coś do picia. Ma plan. Powstanie natomiast – czyli podjęcie walki w milionowym mieście – otóż powstanie żadnego planu działań nie miało. Stratedzy Bora doszli do radosnego wniosku, iż o wyniku bitwy decydują dobre chęci (w wojsku każde zadanie jest wykonalne, jeśli chce się je wykonać - Pełczyński) oraz improwizacja i jeszcze więcej improwizacji (w takiej walce zawsze jest improwizacja. A zwycięża ten, kto jest śmielszy - Okulicki) [6] Gdyby obaj geniusze doradzali w 1940 roku Adolfowi, to zapewne zaproponowaliby przeprawienie Wehrmachtu przez kanał La Manche kajakami…
 
Wymordowanie przeoczeniami i błędami oddolnymi części podległych oddziałów to tylko pierwsza, ta mniejsza zbrodnia. Powróćmy do cytowanego wyżej meldunku Bora z 14 lipca (podkreślenia moje):
 
Siły AK […] są zdolne do wykonania „Burzy” przez nękanie tylnych elementów cofających się Niemców. Działalność ta nie może dać dużego efektu militarnego, jest jedynie demonstracją zbrojną. Część plutonów miejskich przeznaczonych do samoobrony miejscowości na wypadek prób niszczenia ludności przez cofających się Niemców nie jest zdolna zapewnić całkowitego bezpieczeństwa ludności. […] W obecnym stanie przeprowadzenie powstania, nawet przy wybitnym zasileniu w broń i współdziałaniu lotnictwa wojsk spadochronowych, byłoby okupione dużymi stratami.
 
Jak już zaznaczyłem, od 14 lipca do 1 sierpnia AK nie zwiększyło swojej potencji, Niemcy natomiast otrzymali posiłki. Jeśli zatem 14 lipca AK nie była zdolna w ocenie swojego dowódcy do powstania, to 1 sierpnia perspektywy były jeszcze gorsze! Najstraszniejsze jest to, że generałowie-patrioci świetnie z tego zdawali sobie sprawę:
 
Delegat Rządu zadał parę pytań między innymi: Co będzie, gdy Rosjanie staną? Pełczyński odpowiedział, że wtedy Niemcy nas wyrżną[7]
 
AK nie miało więc możliwości samodzielnego pokonania Niemców i uchronienia ludności od spodziewanej pomsty okupantów. Czterej genialni stratedzy – Komorowski, Okulicki, Pełczyński i Chruściel - mieli tego pełną świadomość. Ich decyzja wzniecenia powstania wydawała cywilów na zatracenie, a miasto – na zniszczenie. Ludność stolicy została złożona przez tych czterech zbrodniarzy na ołtarzu walki za wszelką cenę. Ludność stolicy wymordowali Komorowski, Okulicki, Pełczyński i Chruściel – rękoma esesmanów, kryminalistów Dirlewangera i wschodniej dziczy. To ci czterej bohaterowie tylnych szeregów odpowiadają za hekatombę warszawian i zrównanie miasta z ziemią. Oni, a nie paskudni Niemcy, perfidni Sowieci i anglo-amerykańscy krętacze.
 
Jedyną szansą powodzenia powstania było szybkie zdobycie Warszawy przez Sowietów. W jaki sposób Komorowski i jego wesoła kompania wzmacniała tę szansę? Bardzo osobliwie:
- nie nawiązano lokalnego (taktycznego) porozumienia z armią sowiecką, przez co plany i zamierzenia Rokossowskiego odczytywano na podstawie układu pajęczyn na suficie Komendy Głównej,
- uparcie lekceważono informacje szefa wywiadu Kazimierza Iranka-Osmeckiego o koncentracji niemieckich dywizji pancernych w widłach Wisły i Narwi; w książce Komorowskiego Armia Podziemna w części dotyczącej drugiej połowy lipca 1944 r. postać Iranka-Osmeckiego nie pojawia się ani razu, W wywiadach udzielanych po wojnie Komorowski bezczelnie kłamał twierdząc, że wywiad żadnych doniesień o tych posiłkach mu nie dostarczał,
- forsowanie poważnej przeszkody wodnej w obliczu przeciwdziałania przeciwnika nazywano wbrew zdrowemu rozsądkowi wkroczeniem,
- za pewnik przyjęto, że Sowieci dążą do zdobycia Warszawy, żadnych innych intencji Rokossowskiemu nie przypisując. Stratedzy nie liznęli uczciwej wiedzy wojskowej, przeto nie mieli pojęcia, iż żaden punkt na mapie nie jest ważniejszy od realizacji celów strategicznych. A sowieckim celem strategicznym było uchwycenie przyczółków za Wisłą, a nie zdobywanie punktu oznaczonego na mapie sztabowej siedmioma bukwami układającymi się w napis Bаршава,
- to, co Komorowski i jego generałowie nazywali sowieckim „ruchem na Warszawę” było w istocie ruchem wzdłuż Pragi; to wprost niewiarygodne, lecz akowscy stratedzy nie umieli czytać nawet map województwa warszawskiego: marszruta Wesoła-Okuniew-Wołomin-Radzymin była dla nich ruchem na zachód,
- zamiast analizować wiarygodne informacje dostarczane przez Iranka-Osmeckiego, Komorowski, Okulicki Pełczyński i Chruściel bardziej ekscytowali się plotkami. Właśnie jedna z takich niczym nie potwierdzonych pogłosek o obecności na przedmieściach Pragi ruskich tanków, przywieziona 31 lipca po południu przez Chruściela, stała się bezpośrednią przyczyną podjęcia przez tych zbrodniarzy decyzji o poświęceniu Warszawy i 700 tysięcy ludzi. Powtórzmy to wyraźnie raz jeszcze: powstanie wybuchło, ponieważ Komorowski i jego sztab wykazali się mądrością i doświadczeniem życiowym godnym gromady starych bab na bazarze.
 
PORTRETY ZBRODNIARZY
 
Tadeusz Komorowski, niestety dowódca AK – generał o horyzontach dowódcy szwadronu kawalerii, który mimo to uważał się za równego Napoleonowi (Co wy powiecie jeśli my zrobimy Niemcom kocioł w Warszawie. Zamkniemy ich w kotle i wyrżniemy. Jak to mówił Napoleon, żeby pobić nieprzyjaciela, trzeba zniszczyć jego siły żywe– te szaleńcze wizje roztaczał ok. 22 lipca wobec płka Bokszczanina). Człowiek słabego charakteru, podatny na manipulacje, chwiejny, niezdolny do wymuszenia posłuchu. Wydał rozkaz wszczęcia powstania pod wpływem plotki i nacisku ze strony podkomendnych Okulickiego i Chruściela. Nie wykazał się ani cywilną przyzwoitością, ani żołnierskim honorem – zamiast po klęsce strzelić sobie w łeb, bez żadnego wstydu przez lata wypinał pierś do orderów.
 
Leopold Okulicki – informator NKWD, pozbawiony wyobraźni i odpowiedzialności rębajło, fanatyk dążący do powstania za wszelką cenę, nieustannie dręczący słabego psychicznie Komorowskiego zarzutami tchórzostwa i kunktatorstwa. Niebezpieczny mistyk żądny przelewania krwi i zniszczenia w imię ostatecznego poświęcenia: Podejmiemy w sercu Polski walkę z taką mocą, by wstrząsnęła opinią świata. Krew będzie się lała potokami, a mury będą się walić w gruzy. Pułkownik Pluta-Czachowski relacjonuje, że gdy zwrócił mu uwagę, że samodzielnie podjęte powstanie może doprowadzić do zburzenia miasta i wyrżnięcia ludzi, odpowiedział, że protest Warszawy musi nastąpić, choćbyśmy musieli zagrzebać się w gruzach. [8] Pomimo tak nieubłaganego wobec rodaków stanowiska powstanie przeżył, swojej krwi nie rozlał, pod gruzami się nie zagrzebał.
 
Tadeusz Pełczyński – Zakuty łeb, do końca niczego nie zrozumiał. Potem lepiej nie było, po wojnie strateg zajął się tworzeniem nieprawdziwych wersji, jakoby KG AK rozważała możliwość udanej obrony warszawskiego przedmościa przez Niemców. W preparowaniu załganych usprawiedliwień posunął się tak daleko, że płk Rzepecki, skądinąd zwolennik powstania, określił otwarcie jego uzasadnienia jako nieszczere. [9]. Ten geniusz także awanturę w Warszawie przeżył, a później nie uznał za stosowne pociągnąć siebie samego do odpowiedzialności.
 
Antoni Chruściel, dowódca Okręgu Warszawskiego – maestro sztuki militarnej, planujący działania swojego korpusu na podstawie informacji zasłyszanych od przechodniów. Wysławszy do walki swoich uzbrojonych w siekiery, widły i łomy żołnierzy stracił kontakt z rzeczywistością, trwając w osobliwym stanie upojenia wojennym amokiem aż do ostatecznego finału wznieconej przez siebie draki: 28 września, tuż przed upadkiem powstania, podczas narady dowództwa AK opowiadał takie rzeczy, że zgromadzeni przecierali oczy i uszy:  Duch żołnierzy jest doskonały, nasze pozycje obronne są dobre, sytuacja amunicyjna i stan broni jest dobry, walkę obronną możemy prowadzić stosunkowo długo.[10] Doskonały stan swojego ducha zachował także po kapitulacji, samobójstwa nie popełnił.
 
Czterech sprawców największej polskiej wojennej tragedii przeżyło. Żaden nie przyjął odpowiedzialności za klęskę, śmierć 150 000 ludzi, zagładę Warszawy i utorowanie komuchom drogi do władzy.
 
 
[1] Tadeusz Bór-Komorowski Armia Podziemna, Londyn 1967, s. 202.
[2] List płk. Bokszczanina do Jana Ciechanowskiego z 19.4.1965 r.
[3] Adam Borkiewicz Powstanie Warszawskie 1944. Zarys działań natury wojskowej, Warszawa 1957, s.12.
[4] Jan Ciechanowski Powstanie warszawskie, Warszawa 1984, s. 379.
[5] Tamże, s. 401.
[6] Rozmowa Jana Ciechanowskiego z płk. Bokszczaninem z 14-15.9.1969.
[7] Wywiad Komorowskiego udzielony prof. Januszowi Zawodnemu, „Kultura”, nr 11, Paryż 1966.
[8] Kulisy katastrofy powstania warszawskiego 1944. wybrane publikacje i dokumenty, Nowy Jork 2009, s. 28
[9] Jan Rzepecki Jeszcze o decyzji podjęcia walki w Warszawie, WIH, nr 4/1958, s. 333-334.
[10] Tadeusz Żenczykowski Samotny bój Warszawy, Paryż 1985.
Lubię to! Skomentuj122 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Kultura