93 obserwujących
512 notek
332k odsłony
  273   0

Jacek Gulla: STYCZEŃ LAURY & NYCOŚĆ WWW. Cz 1

REALIZM FILOZOFICZNY

...rozwiązywać problem po raz
Już n-ty z rzędu za każdym razem
Z tym samym opłakanym rezultatem
Dowodzi braku innego rozwiązania

Problem jednak pozostaje i nie sposób
Nie stanąć do niego raz jeszcze
To kapitalizm dzisiejszy wolny rynek
Z ceną dyndającą u globusa na targu

Pies co to globus obsikał też jest na sprzedaż
Proszę Państwa chce się go czy nie
Mówi się o takich bezpański
Wyrok śmierci tylko czekać okazji

Więc się Państwo nie macie co martwić o psa
To że psa nie będzie pisze mu się na plus
Można nawet polubić psinę póki co
Nie należy się jednak zdradzać

Z przywiązaniem co byłoby naturalne
Pogłaskać cmoknąć to towar spuścić
Z czym trzeba zatrzymał się do globusa
Ex idealista kupi nie kupi pomyśleć można


Cena nie gra roli przy takim globusie wzdycha
To się człowiek czuje rzeczywiście bosko
Tyle że odpowiedzialności nie dają się cieszyć
Jak należy owszem w byciu potrzebnym

Niezbędnym jest coś jak w rozwiązaniu
Nieuczciwego równania którego szukać
Na próżno wszystko się sprowadza
Do szukania myślał głośno

Widząc jak się gęba handlarza otwiera
Coraz szerzej a szczęka to mu opaść miała
Kiedy do ex idealisty dołączył dzielnicowy
Tragik wszystko co można niestety

To za mało tragik jak zawsze na tę samą nutę
Kupić nie kupić mądremu żadna różnica
Byle się globusik kręcił dalej coraz droższy
I wiecie wy proszę Państwa co się w końcu

Stało i to stało się bezpowrotnie na amen
Magik od wolnego rynku połknął globus
Wraz z metką i uciekł drań z targu w sukni
Udawać dalej ciężarną z psem...

POSZUKIWANY MORDERCA (C)

A wyrok śmierci proszę zainteresowanych
Wykona się w następujący sposób
Mordercę zaplombować w bani plexi
Ile tylko prowiantu udźwignie

Przy czym skazaniec niech sam decyduje
Proporcje między ładunkiem a powietrzem
Wewnątrz celi dożywocia
I puścić go luzem w kosmos

Bania oczywiście będzie przeźroczysta
Widok gwiazd galaktyki na okrągło że się tak
Trzeba wyrazić
W ich świetle da czas dusza się Bogu ducha

Winna objawi na wskroś jeśli dusza istnieje
Już dziś gniazdka na zewnątrz pod kamery
Biją rekordy cen na czarnym rynku
Sprawiedliwość przy pracy 24/7 w TV

Maklerzy w akcji a akcje a conto dochodów
W spadku po jednym z drugim chętnych
Do sądnego rejsu jacy się nie zawodnie
Sami znajdą bo lepszej roboty dziś brak

FAUST OUR CONTEMPORARY

Crowds NYC all toll entries and air gates
Forever young of independant means
Hellen galore on the dial
Mephisto is no longer necessary to tempt us

He is out of work sort of and sorry
Takes bench in the park to watch old fable
Unfold without him doing a thing about it
Than on the second thought – I better

I will provide cosmeticology better still
To the beauty-bound for these strapped and
Robbed and in debt drop money from clouds
Make every single flesh more of a throphy

Than any other – between two fleas one
Will test positive and negative depending
And the other well leave the other for later
The question is who is Margaret here

Margaret pregnant and true and scorned
Abandoned helpless for the ways of NYC she is
The Earth beyond – she’s Korea Poland Peru -
Mephisto is no longer necessary to tempt us

KLĄTWA VITA STWOSZA

Kochał światło nie złoto którym wokół
Chlapał z pędzla przy rzeźbach Ołtarza
Gwoździ nie wbijać w drewno bo cierpi krzyż
Słońce Krakowowi ofiarować co jaśnieć

Będzie nawet gdyby to na niebie zgasło
I kochał je bardziej niż wszystko co światło
Niestety objawia „najpiękniejsze dłonie
Renesansu bez życia” poleruje łzami dłutem

Szukając w lipie prawdy o umieraniu
Dziś byle murzynek z Harlemu miałby Ołtarz
Za van Gogh’a tyle tam intensywnej
Rytmicznej świetlistej rozpaczy

Ale Kraków pozostaje ślepy bo jak to się mówi
Tu w NYCości czym darzysz będziesz i ty
Obdarzony do dziś się lament nad konaniem
Niesie po mieście klątwą oślepionego

Wizjonera póty istnieje czas
Będziesz się modlić do złota
Złotem ty zaślepiony podwawelski ludu
A zwłoki świeże z każdym pokoleniem zwłoki

Wszystkiego co w tobie najwartościowsze
Grzebać będziesz młode z palcem na ustach
W przecinkach swej historii
Tak to morderca grzebie ślady zbrodni

Jak ty w modlitwach kryjesz drętwe serce
Nie trzeba detektywa żeby się zastanawiać
W której to z apostolskich dłoni zajarzyły się
Piekłem szpile i obcęgi gałki oczne i powieki

Tarasić które to spośród ołtarzowych ciżm
Boć Vit portretował przecież rzeczywistych
Krakowian swego dnia nikomu nie patrzał
Nie czytał w twarzach ludzkiej tajemnicy

Jak badał ją w tych do których przychylał się
Ze szkiełkiem i rylcem tu przy pracy
Długie cierpliwe lata zmęczony na klęczkach
Dziękując światłu za łaskę

Żałując jej jak się żałuje świadka oniemiałego
Z przerażenia a bezsilnego wobec tragedii
Śmierć nie wraca młodości jest-że to może
Jadwisia-król pyta czytelnik Kodu da Vinciego

Drżąc na myśl o tajemnych pnączach
Błękitnej krwi jest-że to czyste Piękno
I Piękna los pyta historyk sztuki
Kontemplując dłonie na wieczność w agonii

Pośród szaleństwa złota w Ołtarzu
Och miasto Krakowie ty mój wzdycham dziś
Ja - oszalałeś już dla złota bez reszty
Dziś byś nawet na Ołtarz nie pozwolił artyście

Z chciwości strach o prawdę – światło nie
Ale złoto ciąży zrabowane miłującym oczom
Mało nie pozwolić gdyby ołtarz współmierny
Powstał dziś z ofiary samotnego życia

Chyba po to remontujesz Kobierzyn O miasto
Żeby broń Boże nic ale to nic nie wskórała
Ani ofiarność ani talent ani piękna młoda wola
Patrz dzień się świtem odradza ale ty złotem

Duś się swoim Krakowie na wieki – amen

TU CZY TAM I JA

Dwa razy to samo kościelne wnętrze
Brak nieba w kamiennej strukturze
A nie da się być w niebiosach bardziej
Niż wewnątrz tego smukłego bezludzia

Ta sama nabożna precyzja pędzla brak barw
W oktawiach szarości i detal ten sam
Ale dzielą obrazy bez mała cztery wieki
Niderlandy XVI i Polska zaborów schyłek XIX

Zabory widać winne że patrzy się na polski
Z politowaniem z litanniami w uszach
Z szeptami u kratek spowiednicy
Poszukać w ławach a znalazł by kto wie

Jakie skrytki duch konspiracyji
To niekończące się mea culpa semper fidelis
Wolność Boże zwróć będzie czas na pokuty
A póki co dopomóż nosić nasze kule

I wybacz bo nie tak chce się żyć ocierając
Krew z rąk do komunii cóż za rożnica
Porównać z obrazem Holendra
Tu ściany stoją ciszą diamentową

Ciszą ponad czasy bazalt żelazo skownic
Ledwie chwilkę trwają a witraż nie tyle co za
Odbiciem patrzyć tęsknie jak niknie
Za fregatą nie tyle co sen u zorzy świtu

To nie przybytek modłów tu włada abstrakt
Szereg rombów w kolumnach poraża
Wziernikiem każdy cyzelowany w ciemność
Na zewnątrz wszystkiej widzialnej światłości

Nie do różańcow tu palce a do strugania
Wiosła jeśli mało ci teraz i tutaj
Do szczudła tym którym dane będzie wrócić
Wota owszem ale na szyję zmyślnej ladacznicy

Szlachetne pobudki krzyżem na posadzce
To nie tu od abstraktu nie ubłagasz
Zmiłowania wobec abstraktu decydujesz sam
Czy do wiosła dłonie twe do szczudła

Czy do młoteczka i dłuta cyzelować wzierniki
Tam dokąd zdąża śpiewając każda wspólnota
Parafia statek pod żaglem setka niewolników
Na sprzedaż w Nowym Świecie

Kiedy żaglowiec szlak trafi u bezludnej wyspy
Polak do dziś widzi Boga i modli się doń
W gdzieś tam poza murami wiary i pokuty
Błagać efemerydę by pożyła za Polaka

Tylko Polak potrafi Holender uśmiecha się
Zza kolumny ufać że będzie się wysłuchanym
A jeśli nie znaczy to iż on Polak sam sobie
Winien nie zadośćuczynił nie żałuje szczerze

Ach mów tu takiemu jak ty Boga rozumiesz
Wierzyć to abstrakt tłumaczyć co dnia
Na między ludzkie więzi niestety niestety
Jesteś kolejną spowiedzią Polaka

Zbrodnią na myśli w mowie i uczynkiem
Polski obraz wisi dziś w FK w NYCości
Przybytek boży a ja się w nim nie mieszczę
Claustro z dzwonkami do klęczków - litości

ICH TRZY

Najpierw żeby się wieże mariackie
Nie zawaliły odmówię akt pokuty nie przeczę
I żal mi jest cierpienia jakim istnienie
Moje jego uporna wola światłości

Zstąpiło na oczy rozum i serca świadków
Treściami wspólnego dnia
Łzy każdego serca dziś w moim oby nie
Zmarnowane były tak mi poezjo dopomagaj

Ile mi świtów wciąż pozostało nim wiersz
Życia mego zamilknie z pośród dziewcząt
Krakowa 2013 wspominam oto trzy
1 Rumunka z baraków żadna by się młoda

Krakowianeczka nie ośmieliła tak szczerze
Z jawną chęcią w piwnych oczach
Oferować damsko-męskich usług
Przy ludziach na przystanku pod Dworcem

Jak ta nad wiek smutna a namiętna lilia
Jej obłędny polski żaden mi narodowy erotyk
Tyle krwi nie wzburzył jak jej łagodne sylaby
Bez jednego sprośnego wyrazu

Była precyzyjna nie wulgarna a przy tym
Jak mówię zniewalającej ponętności
Ludy się przemieszczają jak ludzka pamięć
Sięga tyle że dziś pojedynczo każdy z nas

Na swoją rękę więc  i w jej oczach ujrzałem
Własny możliwy przecierpiany a niebyły los
I żal mi go było pozostawiać po raz wtóry
Wybacz gdym odchodził spłoszony o spiż

W moich piersiach 2 nóżki chyżej wróżki
Była zapewne z Przemyśla i miała na imię
Wiosna śmigała śmiało bez planów
Po co radości plany kiedy przed nią Szewska

O tym po co dowie się świetna anatomia
Zmęczona całe bieganie na nic
Żegnaj Szewska
Wracać pora do Przemyśla

Wszystkieśmy tu są rzecze inna zza lady
Bo w Przemyślu nie ma roboty nudy
A marnować młodości się nie chce znam i ja
Te lęki przyznaję i grzecznie dziękuję

Ze sklepu trafiam na placyk z Żaczkiem
Akurat farbowany Tatar napina łuk
Zabiły dzwony a z bocznej nawy śpiew
Się poniósł tak ufny i wzniosły i dźwięczny

Żem za strzałą morderczą już nie patrzał
Jak frunie ku złocistej trąbce
Lecz ku nawie ruszyłem zdążyć nim ucichnie
W samą porę tym razem maturzyści maj

Maj słowików miłości Ojczyzny i zdanych
Egzaminów kończył właśnie Te Deum
Twarzami w Ołtarz gdzie się arcybiskup dwoił
I troił z monstrancją tak to teraz widzę

Choć wtedy widok na Ołtarz zasłaniać mi
Musiał jakiś element architektury może
Wierni na stopniach do bocznych stalli
Bo pamiętam tylko głos głos bez słów

Jak się echami przetacza nad oszołomionym
Liceum 3 jej twarz odkryłem jakbyśmy
Nagle zostali w kościele sam na sam
Być i trwać jej marzeniem yes bo tylko

Marzenia tylko one znają takie jak jej oczy
Jeśli się tak można wyrazić na serio I Wtedy
Wstąpił Był W Siebie wstąpić w siebie
Jak w ślubowanie którego treść tajemna

Tak się właśnie poczułem w urządzeniu
Urbi et Orbi Teoria Chaosu i Czaso-Przestrzeń
Wobec niewidzialnego Ołtarza sam na sam
Z ufną niecierpliwością cudnej maturzystki

Nie wolno oczekiwać od życia czegoś mniej
Niż cudu i nie oczekujemy ufni
I do końca z wiernością której i najsroższe
100 lat nie starczy za nagrodę

To nie trwało chwilę nie był to moment
Poetyckiego zauroczenia wymuszony
Na żądnym wzruszeń światowcu z wizytą
W mieście zaprzepaszczonej młodości

Nie pisałbym teraz i tu tych strof gdybym
Wtedy z nawy w Kraków nie ruszył
Jakem był w istocie postąpił świadom
Nieodwołalności każdego mego kroku

Jakbym odchodząc wchodził w martwotę
Tężejącą z każdym krokiem Szewską
Pod Filharmonię stamtąd albo pod Wawel
Albo błądzić na ślepo opłakiwać stracone

Szanse i nadzieje w gzymsach zapomnianych
Uliczek dalej Balice Atlantyk i NYCość wierz mi
Piękny jest każdy człowiek dziewczyno
Ale proszę nie licz w tym na innych

KAZANIE SKARGI

Ksiądz Skarga nie nazywał się
Pochwała ksiądz Skarga nazywał się
Tak nie bez powodu ksiądz Skarga
Błogosławił owszem ufny ale w trwodze

Imię zobowiązuje a on chciałby
W imię Ojczyzny i jej dobra
Zobowiązywać lepiej czy skarżyć
To jego niebieskie nieodwołalne

Posłannictwo choćby nie było już kogo
Ani do kogo co jest oczywiście niemożliwe
Choćby się Ojczyzna w jego skargach
Odmieniła w tę której pragnąć zdawało mu

Się nierzadko pragnął był tylko on ostatni
To prawda Naród nosi sumienie w jednej
Piersi wybiera jednak w czyjej
A wybrać źle o to w Polsce najłatwiej

Ksiądz Skarga osiwiał wcześnie jak Matejko
Bo to siebie przecież krakowski krasnoludek
Sportretował w historycznym kazaniu
Słynnym tyle co daremnym czego się ksiądz

Skarga obawiał tak strasznie że jak mówię
Osiwiał młody jak przed obrazem
Krótkowidz Jan z pędzlem i paletą
Skarżyć skarżyć się oskarżać oto Polska

Sumienie to głos nie pożądany wobec
Wyboru między złem a głupotą między
Złem a złem jeszcze gorszym na ślepą
Ufność się zdać czy skakać w przepaść

Jutra z otwartymi oczami może można
Ludzkim wybiegiem wymusić cud na przepaści
Już samo nazwisko brzmiało zgrzytem
W układach fraków i śniedziejących szablisk

Ksiądz się wręcz bał o gardło otwierając usta
Dłonie wznosząc z ambony nad mszą
Po spowiedzi powszechnej której słuchał był
Bo nie dało się inaczej

Uchem głuchym na kłamstwa na szloch
Krokodyli do pokuty O pokuto jakiegoż życia
Nastarczy gdyby pokuta chciała być szczerą
Być sprawiedliwą za byle niewinny z pozoru

Grzeszek dzieje grzechu zaczynają się od nie
Winnego słówka a kończą zatratą królestwa
Z konfesjonału na ambonę śpieszył
Ze wzburzonym włosem wcielenie pokuty

On Skarga Piotr bez niebieskich kluczy
Z dzwonem w piersiach co powinien był
Grzmieć nad Narodem głośniej niż spiż
Na Zygmuntowej Wieży i grzmiał ale grzmiał

Za późno grzmiał nadaremno niechętnym
Uszom niewyznanym grzechom Jan
Nie musiał patrzeć w lustro żeby malować
Kazanie jak to się mówi z natury

Vit Stwosz zwykł był wzdychać krótkowidz
Też nigdy nie widział swego Ołtarza w całości
I łza soliła powołanie czeskiemu
Krasnalowi w oknie na Floriańską

Od sztalug i Kazania odwracał umęczone oczy
W wizję ciaśniejszą niż pędzla tłumne
Panoramy a pustszą niźli dom w Czarnolesiu
Niż poema których się nie rozumie

Choć zna się je na pamięć w języku tych
Którzy roztropność i zadumę udają
Godną Rzymskiego Senatu prawdę
Przełykać nie jak komunię świętą jednak

Ale jak truciznę oby skonało w słuchaczu
Wszystko co w nim Boga i Polski niegodne
Jeśli miało by oczywiście ze słuchacza
Pozostać po takiej kuracji cokolwiek

Wartego wiary w jutro - że wspólne
Ksiądz Skarga skarżył się na brak adekwatnej
Przenośni pięć siedem słów które wspólnocie
Nadały by bieg ku harmonii

Zademonstrować co się ze wspólnotą dzieje
Kiedy braknie kompasu do zgody
Woli wartej wszystkich trosk i istnień
Kiedy każdy snuje w zatracenie wspólne

Jemu samemu najwygodniejszą ścieżkę
Dzisiaj i ja Jacek Luzar Gulla wnioskuj na co
Skazany swą potrójną godnością
We wszystkich językach EU trwożę się jak oni

Piotr i Jan cudem jest wszystko jak jest
Jeśli spojrzeć rozumnie ale boli coraz bardziej
To co pozostaje li tylko osiągalne
Li tylko - dla zrozpaczonej bezradnej mądrości

PIĘKNO

Żeby uświadomić czytelnikowi rolę Piękna
We wszystkim co się dzieje mędrzec
Postanowił napisać poemat właśnie dlatego
Że brak mu było akurat tego daru

Posiadał wszystko inne wiedzę na tyle spójną
Z bieżącą nauką żeby mentalnie istnieć
W trzech czasach dokonanych naraz
We wszystkich odmianach tego co ludzkie

Się ostaje w trybach deklinacji umiał cierpieć
Wiedział że się Rynek z poematu wydrwi
Brak w poemacie poezji ale po to się człowiek
Uczy cierpieć wzdychał pisząc i wzdychał

Zdmuchując świecę bo przy świecy
Pracował chociaż jasno było i bez świecy
Tu przerwał pozostawić dzieło
Jak jest śmiałkom z talentem solo – do jutra

KSIĄŻĘ BO SAM NIE DAM RADY

Pomylił kiedyś pewien aktor scenę
Z miastem wokół teatru
Na scenie bredził
O długach codzienności itd itp płacić

Za światło a jak włączą to akurat
Na tyle żeby przeczytać jakie tego koszta
Po mieście zaś obnosił się w majestacie
A to król lear a to książę niezłomny

Kolejkom żylaków tramwajom za robotą
Monologować w kwestiach ostatecznych
Kurwa jego mać że kurwa Kobierzyna
Za mało na takich policja no cóż

Pomylonego bronił teatr może się mu jeszcze
Odwróci i teatr wyjdzie z bankructwa
A wpędziła w nie teatr osobliwa przypadłość
Najsłynniejszego aktora któż może

Przewidzieć jak się wszystko potoczy
Byle nie doszło do skrajności
Przecież powody on wszystkie ma i więcej
Żeby z zatrutym mieczem stanąć

Do pojedynku na głównym rynku bogu
Ducha winnego miasta a do tego dopuścić
Nie wolno miałby rację pomylony czy nie
I tak się wszystko kończy – przed czasem

BŁĄDZĄC W ŚWIETLE

To tylko naturalne usprawiedliwia optyk
Światło oślepia nie czytał pan
Łyska Z Pokładu Idy to dziś tu każden z nas
Szkapa dwunożna pod podwawelskim

Drogowskazem jak osiołek wobec siana
I żyta w bajce łeb sobie w końcu ukręcić
Dodaję próbując szkieł przed lustrem
Drogowskaz we wszystkich kierunkach naraz

Nie dziwota stolica po stolicy czytaj cały świat
Tylko tu ciupag białych brak pod słupem
I przeciwsłonecznych okularów
Mówię o drogowskazie pod Kurzą Stopką

Pan wie
Panie ja pod tym drogowskazem reklamę
Swych usług ustawiłem nie żeby Wiedeń
Zasłaniać czy Hong Kong

No ale widzi pan cóż z reklamy kiedy łysek
Każden z bagażem jednym słowem Naród
Nasz rozmieniony na drobne wstydzi się
Że niedowidzi wstyd się przyznać więc ślepy

Wszędzie lepiej jeśli ci przewodnik
Z Wawelu tak radzi na boku
Nie ma się co dziwić że Kraj pustoszeje
Że opustoszał z tych co najbardziej

Potrzebni ci co coś jeszcze chcą marzą
Umieją dziwią się życiem i martwią
To takich już nie ma w Kraju pytam nie dziw
Że na Wawelu polskiego nie usłyszy

Chyba w kasie gdzie trzeba po angielsku
Pan głuchy ci co po angielsku są już dawno
W Londynie marzyć Nowy Jork
Wszystkimi kieszeniami dziurawego płaszcza

Ci już do mnie nie zajdą przymartwił się optyk
Ale zmrużył oko ich straty szkieł na całym
Bożym świecie nie znajdą jak u mnie
Żebym się nawet reklamował wszędzie

Gdzie ciągną za czym tam każden błąka się
I biada synów marnotrawnych cór matek
Pobłąkanych tego jednego ci wolność w domu
Nie poskąpiła Polsko

Optyk podziwiał się moimi oczami
Chcieć i cóż z tego zareklamuj usługi
Przy podwawelskim drogowskazie
A klient jeśli kupi jeśli się wywiązać
Uczciwie z transakcji jego już Wawel nigdy

Gościć nie będzie chyba że z wycieczką
Udawać zagranicznych ta nasza specjalność
Specjalność w fazie wstępnej zauważam
Nieskromnie wypinając pierś otóż ja sam

Te nauki wszystkie posiadłem już w jednym
Palcu i pokazuję optykowi ten krzywy
Pokaż nim cel a szukający skręcą
Dokładnie nie tam gdzie by tego chcieli

Szkoda czuć się winnym Ziemia jest okrągła
Optyk odkrywa Kopernika a cierpliwość
Matką wszystkich naszych ofiar śpieszę dodać
Z przed lustra optyk za granicą to blagier

Niech pan sobie wyobrazi radził mi jeden
Nawet szkła na dalekowzroczność ja mówię
Widzę wszystko a on że ujrzę jeszcze więcej
Jeszcze dalej to przecież fizycznie niemożliwe

Unoszę się na absurd spróbuj a zobaczysz
Optyk się uśmiecha do żartu
Ale do faktu z politowaniem kiwa
Siwą głową pan to musiał widzieć nie tyle

Przyznaje z układnym uniżeniem wracając
Jednak do szkieł tu zawiesił głos na pytajniku
Jasnowidz by pewnie zemdlał
Tacy są wrażliwi byle co wystarczy

Zobaczyć nagle wszystko optyk trwał
Zawieszony z parami szkieł w obu
Dłoniach po kilka w sprawnych akrobacjach
Aż szlify i cięcia i oprawki zajaśniały jaśniej

Niż drogowskaz z początku rozmowy
Magiczne baśniowe no to jak które pyta
Wreszcie i wolno wolniutko unosi w górę
Lewą stopę unosi ją coraz wyżej traci

Równowagę chwieje się zwleka ale nie
Nie należy optyka brać na serio
Towaru nie potłucze jeśli nie wybrać żadnego
Wybrałem pierwsze lepsze – i hej – hej hej

Ziemia jest okrągła wawelski drogowskazie
Ty stu ramienny i wcale nie taka wielka
Widzieć dalej i dalej i więcej świecie hej hej
A ty byś mnie pewnie zatrzymać chciał

Drogowskazie objąć i zatrzymać
I trzymać tu i pieścić wszystkimi imionami
Stolic do śmierci ziemia jest okrągła
Czekaj ty i sto lat – przecież muszę wrócić

I AMICI MIEI W NYCOŚCI

Wymienię ich całe abecadło
Po jednym na literę to start with
Stało by po litrze gdyby byli Polonijni
A potem alfabet raz jeszcze

I tak w koło aż do dzisiaj
A Andrea Isler
odwiedzałem
brązowo okie dziewczę

Jak port gdzie było by tylko
Nas dwoje gdybym spuścił kotwicę
B Bernd Naber z Hamburga
remontować za niepopełnione

winy żydowski biz nieśmiałe
dziurki borować ciężkim sprzętem
w pokładach barw ale tak
żeby płótna nie uszkodziło wiertło

że mocy doznałem
co wątłe chcę sławić
pewnie to czytał w szkole w Hamburgu
ale milczy z cytatem

więc i ja nie przypominam
C Carl Carmen Cathy starsza siostra tej
co do złudzenia przypominała Meril Streep
z twarzy only z serdecznej troski

Meril jest wyższa przymierzałem się raz
w wystawowym światku
D Dawidów to ja tu przez perceptory
przepuszczam dziennie jeśli wyjść

na miasto tylu że któryś pod modą dnia
musi wyglądać co najmniej identyczny
z Dawidem we Florencji
jeśli nie wygląda lepiej w końcu ta ciężka

czynem łapa obwisa zwycięzcy
na pomniku za nisko
żeby nie rzec jak małpiszonowi golonemu
przygiętemu do skoku

E Erika to żadna przyszłość łasiła się
przedwczoraj o wizytę
czemu nie cieszę się do gościa
liczy się dla niej sama pokusa że można

gdyby się jej chciało była by tu już
dwa trzy cztery razy F Frank ale który
tym razem z nazwiska dla odmiany
Dana Frank IV ta zaprasza na sieci

G Brian Gromley gość chyba klinika
a zapowiadał się na gwiazdę
gwiazdę świecić skromnie a wiernie kilku
zaufanym i proszę wymachuje dziś

za mną rzuca się w sobie spięty
kamień chciałby być szlachetny
lecz nie ma czym świecić
usłyszeć ale nie być powołanym biada takim

H Henry Hellen pisze się Ellen w NYCości
pani u której noc
zrobiła by mnie sławnym na całe życie etc
uroda wpływy majątek wykształcenie

wierność mi wzbroniła jej łoża
maszyna do pisania zazdrosna nie lubi
kompetycji I zamiast I raz jeszcze
niech będzie E Eva Pace to dla niej

to ustępstwo dla samego jej imienia
rzuciłbym się jak to zresztą namiętnie
czyniłem w piekło jej bytowania
a ona przy tym była biblijnej urody

kto komu co czyni żaden tego nie wie
pokaże może pojutrze jeśli ważne
na tyle by myśleć o tym tak długo
wbrew NYCości za ścianą nowej każdego

przecież świtu I i już mi się odniechciewa
tej litanniji zawodów na przyjaźń owocną
nie jak te tu dotąd wymienione
J jak jednak jego jeszcze ja jaśnieje jowialnie

Jeśli jego jej jakże jarzyć jutrznie jutr K
KOMEDIA Z ABECADŁEM OWSZEM MOŻE WŁAŚNIE TAK
SIĘ BAWIĆ JEŚLI BAWI BEZ KOŃCA
PRZYJACIÓŁ NIE BRAKNIE MI DO ŚMIERCI

ONLY LITERA P
ŻADNA MNIE INNA KURWA LITERA TAK NIE MARTWI
NA WYROST JAK P WYBACZCIE WIĘC
ŻE PRZERWĘ ZA WCZASU – CHOĆ SZKODA KTO WIE


USŁYSZCIEŻ I WY

Eugeniusza Oniegina unikałem z ręką
Na sercu patriotycznie choć Pan Tadeusz
Nie dał mej młodości niczego prócz dumy
Arcydzieło w języku Grzegórzek

Owszem jest możliwe straciłem jednak
Racje czytania kolejnych arcydzieł
Tak do mych Grzegórzek pasowała lektura
Jak gość z Paryża tu gdzie o Paryż nie pyta

Nikt przed gościem udawać najlepiej
Że Paryż w ogóle nie istnieje że jest Pana
Tadeusza może owszem cudnym snem
Ale zupełnie bezużytecznym na co dzień

Tu gdzie dymi i cień na słoneczną tarczę rzuca
Najwyższy wolno stojący komin przemysłowy
Na globie gdzie rytmika maszynerii
Na niebieskie koperty prześpiewuje wysokie

Niebiosa niech zegar stary wybija północ
Łajce na Sputniku toteż wczoraj nie to już
Trzeci idzie dzionek jak Eugeniusz Oniegin
Czajkowskiego z soboty WQXR w NYCości

Każe mi kręcić głową no nie

Jakże ja mogłem wyrządzić sobie taką
Krzywdę wzbraniać się tak długo dumnie
I ze wzgardą przed pięknem a trwać przy
Tępawym młodzianie i mrówkach Telimeny

Nikomu tego nie życzę uderzam się w piersi
Obyście mnie wszyscy słyszeli rodacy
Wy którym każe się czuć i myśleć z podobną
Jak moja ofiarnością i opłakanymi rezultaty

Reżyseruje z batutą Valery Gregoriew
Nasz tenor Buczała śpiewa przyjaciela
Co ginie z ręki przyjaciela resztę eksportowa
Rosja u nas barytonu chyba takiego jeśli

Gdzie usłyszeć to może w Kobierzynie
Wagner to moce nieczyste przy szczerości
Dusz skazanych na arie w operze Piotra
Tyle miłości a samotna każda się dręczy

Do tragicznego finału zimą w St Petersburgu
Jak Pan Tadeusz nic nie dał Ojczyźnie
Wróciwszy ze światowych wojaży język
Szlifował na obcym bruku kto inny poeta

Tak i Polska niczego godnego zaoferowania
Nie ma dziś wielkiemu światu niestety
Nie żebym nakłaniał do nauki rosyjskiego
Czytaj Oniegina w angielskim

Arie w radio zwrócą utraconą przekładem
Upojną melodyjność oryginału a treść razi
Angielski tnie głęboko precyzja
Strojona myślami Hamleta i Nabokovem

Przyjaciel Adam miast się męczyć z Litwą
Ośpiewywując epickie zadupia i swary
W ostatnich aleksandrymach Historii
Powinien był tłumaczyć przyjaciela czemu

Pytam teraz czemu razem nie pisali co noc
Na wspólnym stole w dwóch językach naraz
I przy kałamarzu jednym dla dwóch piór
Wiersz harmonią w wiersz a treści

Oszczędzać sobie na łzy gdy inkaustu braknie
Czajkowski ten to umiał czytać
Reszta to już tylko nuty orkiestracje smyczki
I waltornie umieć tak czytać pisać już

Nie musisz wszystko czeka na półkach
Rozjeżdżająca się dziś po świecie Polsko
Nie sięgnąć po lekturę przed wyjazdem to tyle
Co nie skorzystać z poradnika

Poradnik niezbędny nawet gdyby miała wieść
W zgubę lektura daje coś czego utracić
Nie podobna światło przez wielkie P
Piękno Pięknem Piękni i Polaka a poezja

Poezja moi drodzy to tylko latarnia na wiatr
Żeby wiatr nie zdmuchnął był światła

JUTRO VIRTUALLY

Kiedy syryjska opozycja żąda
Wycofania Iranu z obrad albo wojna
„męczenników przeciw dyktaturze”
Toczy się po gruzach trzech tysięcy lat

Aż Syria Assyria przejdzie raz na zawsze
I bez reszty do Historii opozycja śni
Iranu z obrad owszem pozbędą się
Jeśli zgodzić się na warunek jednak

Jak to wyżej ujmuje tytuł z mapy jutra
Iran zniknie tylko wirtualnie
Poza tym śniegi na dziś w NYCości i arktyczny
Mróz przed nocą zapowiadają Eroikę

A ja muszę wyjść Instytut vitaminy kto wie
Niestety nie wirtualnie pomyśleć tylko
Wspomnienia z Sali w Domu ZLP zaraz
Za Młodego Widza w Krakowie ‘60 –‘80

Na stronach Forum24 wróciły mi wieczór
Kto wie centralny w mym istnieniu
Jak pewnie każdy inny jeśli analizować serio
Jest  5 marca ’67 a w Sali szykuje się

Konkurs otwarty na wiersz ja jeszcze tego
Nie wiem spieszę Krupniczą jak co piątek
Dziwić się Kołu Młodych że odkryli we mnie
Talent słowo talent przyświeca mi

Jak grecka moneta
W palcach losu

Ta co ma tylko jedną twarz
I czego się dopiero miałem dowiadywać
Dla każdych oczu inny
Tylko im pisany uśmiech inną wirtualność

Wirtualność to siostra realności ta z kolei
Jest niedowidzącą kuzynką rzeczywistości
Tej bez siódmej klepki żartowało się w Kole
Mając na myśli prawo za oknami Domu ZLP

Prawo to sprawiedliwość na banicji
Żadne państwo nie ustoi jeśli prawo mu
Gruntem podsycał się temacik a żeby mogło
Obyć się bez państwa do tego niestety

Najpierw dojrzeć musi każdy tu z osobna
Jacek teraz ty
Wywołano mnie do Konkursu przed mikrofon
Gdzie wiersz nie miałem zaczynam szukać

Musiał się przecież znaleźć wystarczało
Przetrząsnąć kieszenie klucze to stara bajka
Dymić Sportem banał płuca węgla w piersiach
Lokomotywa Tuwima to nie ja

Sala otwiera usta trafia się wreszcie palcom
Szansa na nagrodę bez konkurencyjna
Liczyłem co prawda tylko na publiczność
Talent w oczach jury błyszczy jak złoto oszusta

Sprawiedliwość pożegnać przed obradami
Oto rola jury kombinuję milczkiem
Oto mój nowiuteńki Dowód Osobisty proszę
Słowa są nam dane a spajać je

Każdy w inną drogą sobie a tajemną treść
Ucichło czekali mojej treści oni którzy swoje
Obracali w palcach od dawna do każdej
Najmniejszej nawet wartości co wieczór

Ostrząc ołówek pompując pióro wieczne
Czyszcząc gumki na papierze wciąż białym
Zgoda cenzury carte blanche
Pamięć nie służy drobiazgom pamięć

Używa drobiazgu jak kluczy proszę Koła
Proszę sobie wyobrazić ktoś
Zamknął nasze okna na kłódki od ulicy
Wybić szyby ktoś chwyta się za gardło

I z Konkursu nici nici i kajdanki Dowodziki
Proszę oto mój niech go głośno
Przeczytam a ze słów z tych tylko w tych tu
Dwóch drukiem pachnących okładeczkach

Niech się głosi księga mego jutra
Nie mam dziś już tamtego dokumentu szkoda
Choć i gdyby udało mi się go
Uratować z młyna czasów i przemian

Gdzież radość co z kilku skrótów cyfr
I pieczęci prawa potrafiła
Wyprowadzić prorocznię tę samą w treści
Królestwo Korona którą pierwszy był słyszał

Będzie cztery tysiące lat młody podrzutek
Edyp żeby się rzucić w daremną ucieczkę
Nie ja ja tę wyrocznię wydukałem sobie
Z dumą jak Freud Olimp z byle kogo

Ze Sfinksem miałem stare porachunki
Oszukał choć i nie oszukał w micie
Mściwość mi jednak obca machnąć ręką
Na Sfinksa szukać gordyjskiego Węzła

Węzeł miał się znaleźć
Kiedy przyszło zrozumieć swe miejsce
Ile znaczy
W CzasoPrzestrzennym młynie materii

Gdybym to wtedy był wiedział
Pewnie bym się nie odważył i Konkurs
Poszedł by w niepamięć a jednak proszę los
Może się dziś spełniać wirtualnie nie na żarty

Pamiętać tylko o nim
Co dnia

Ojca wyeliminowałem dla innych ojców
Cieszyć się życiem z dala od jego
Krakowskich trosk i z matką moją też sypiam
Szukam jej w każdej twarzy w NYCości

Jak jej szukałem w Krakowie
W Rotterdamie kontenerów i dźwigów
W Monachium po kątach
Po szufladach

Odnajdywać na moment wiosną
W lustrze jeśli rzadki promień słońca
Pukał w okno na Kołłątaja
Od kiedy zamknęły się za nią drzwi

I zadudniły schody schody
Co ucichły schody z mamą na noszach
Z odwróconymi już na drugi świat
Gałkami oczu

Tylko ból ostaje się wirtualności
Jak ten nad zabawkami po odejściu mamy
Choć jeśli pomyśleć raz jeszcze
O bólu

Wirtualnie istnieć jutro można na 1000 i 1
Baśni ale że wirtualnie się nie cierpi to złuda
Cierpi się wirtualność za wirtualność
Bo wszytko poza nią to ledwie gdzie

Cztery litery zmieścić jak w za ciasny sedes
W debatach jest miejsce tylko na jedną stronę
Iran musi się pogodzić z eliminacjami
A Assad nie powiem bywam w jego butach

Wirtualnie co teraz jednak co dalej
To chciałbym wiedzieć w skrajnej ciasnocie
Rzeczywistego panowania Edyp nie Eroica
Przepraszam Alhambra na WQXR w NYCości

I BĄDŹ TU SOBĄ   

Ja to praca zespołowa
Sroka mnie nie poroniła
Jeśli sroce wypadłem rzeczywiście
Z pod pióra

Niczym to nie umniejsza zagadki
Parły ku mnie rozpięte
W wielkiej niewiadomej
Dzieje przed dziejami

Nie spojrzeć choć raz na siebie
Oto garstka atomów wiązana
Łańcuszkową reakcją
W nietrwałe supły jaźni

To tyle co w piekle diabła
Się wypierać przed lustrem
Piekłu się piekłem pieklić
Do ostatniego tchu

Jakże inni lubią dorzucać swoje
Pod kocioł
Pieniądze palą się naj jaśniej
Patrz ile wszystko warte

RICHARD IX TO IX SOLO

His tragedy too complex to share
I visit the fellow thirty years now blue moon
A surprise one-and-two on the buzzer
Makes perfect blame for the word amiss

Door cracks open hesitates the noble head
Excuses himself before door invites
Father to my Cassandra years of hope
Richard is just another I today

Should the years have kept me by in the EV
Apt 18 Gem Spa mine would look about
The like and like he I would have had studied
All the volumes dust off and dust on

Read over for dust’s sake personals aside
Stage throne crowns custume well holding
His PC takes whole of his working table
Get yourself a lap top Richard make room

I visit myself here Jacek love and Cassandra
What’s my actual address well Richard
As far from here as nowhere
To be precise where snow is my color friendly

He mentions his other offspring Gustav
Gustav his wife and kids live years south
Of the border what’s a king to do
King visits he caresses on his lips a name

I forgat of a flower it blossoms Mexico winters
And I see myself down south in instant
En passant in wishes the wish received
Briefly my nostrils fill with perfume

But I took deep breath and another one
On top of the previous load
I am not breathing since
But by pores breath leaves me this is the last

Of it last good to have your number Rich

VITA LAUREATIS

Medium is the message zagadka
Trwa dowodem na niedorozwój intelektualny
Dopóty pytanie dręczy bez odpowiedzi
Ale to także ścieżka w rozwój jeśli ufać

Że oporne stwierdzenie nie jest kolejnym
Czary-mary języka bez odpowiedzialności
Za treści sidłami w których jasny umysł
Zatraci ciekawość i dalej poruszał nim będzie

Już tylko strach choć człowiek zagubiony
Pytaj tu o drogę wilka
Lekarz dba dziś o zbyt medycyny jemu każde
Przeziębienie na rękę i musi wystarczy

Jeśli się nie da pacjenta wprowadzić głębiej
W arkana bakterii zarazków i fobii
Co oczywiście kosztuje drożej niż afrykański
Weekend chętnych wiedzy jak obchodzić

Się ze śmiercią życie stawia w kolejce
Po kolejny lek z lękiem że może lek ten
Jest jak na razie tylko tematem konferencji
Za zamkniętymi drzwiami w Irlandii

Skończył się przeklęty XX wiek zostawiając
Trzeciemu Millennium prawo odmowy
Zabijania Paryż ’48 a za drogowskaz
Solidarność oby nie został z niej jak Polakom

Jeno Solid kasa pół na pół za bezpieczeństwo
To jakby ci rabuś ze spluwą gwarantował
Życie jeśli mu oddać ile się należy bez bicia
Był taki film Medium Cool hippisi PRL

Z narażeniem życia przemycali się
Do ambasady USA poszerzać horyzonty
O tajne projekcje Woodstock’u Zimna Kamera
Świadek który pozostaje aktywnie bezczynny

Wobec filmowanych właśnie katastrof
Widz patrzeć będzie później i tak jak na
Fotomontaż widz nie ma przy tym wyboru
Tak się w bierność wsiedzi

Że przy wyjściu z kina nie podniesie szczudła
Patrzeć co dalej z inwalidą ale dyskretnie
Jakby wokół inwalidy nie było żywej duszy
Proszę ile człowiek może i jak

Medium is the message przekaźnik treścią
Telewizor pozostaje wciąż nowiną
Niepojętą jeśli porównać
Aparat z przedwczorajszym dziennikiem

Przemiana elektryki w obraz
Dzieje się jednak z włączeniem TV poza
Obszarem zainteresowań widza pizza pizza
Choć owszem widz przyznaje

Tyle ten stary już przecie wynalazek rozumie
Ile Święte Przemienienie w kościele
Odpowiedzi przyszły z wynalazkiem FB
Muza mnie w tajniki najnowszego medium

Wprowadziła tymi oto słowy możesz
Z blogu zrobić co ci się żywnie podoba
Poezja Interwencji wychyla się w działanie
W przód zapłonie wiatr moją elektryką

Tak to moje uszy usłyszały i tak się do swego
Miejsca w świecie nagle uradowało serce
Jak dotąd we wszechczasach a znamy je jako
Historię poeta patrzał w tył mówiąc do chwili

Trwaj wystarczy że trwasz a w tobie istnieć
Wszystkiemu co było póty karmisz płuca
Z FB otworzyła się przed poetą przyszłość
Świat jako teatr i sztuka w której on sam

Gra na bieżąco w roli własnego pokroju
Zanim Hamlet będzie szukać głośno myśli
Czego i jak biorąc nas na świadków
Niejeden chciałby może mieć udział w tragedii

A wolno tylko klaskać odmienić bieg o rym
O rym z widowni jak to na kanwach Eurypida
Czynił obywatel w teatrach Hellady z modelem
Demokracji eksperymentując w fikcjach

Żeby się co złego komu nie stało jeśli próba
Na lepsze skończyć musiała by się rzezią
Brecht żerował na niemożebności interwencji
Dając widzowi świadomość wyroku

Zanim bohater wplącze się w proces
Po drodze na sceniczne ryby
Pozostawia widza rozpaczliwie bezsilnym
Ta scena to paszcza rekina trącić łokciem

Widza obok i teraz jest ich już dwóch do uczty
Klaszczą wołają bis potem umywają ręce
Znam to niestety z autopsji
Ja Laureat Internetu 2013 bo też rzeczywiście

Niczym innym niż próbą interwencji
W polonijny Greenpoint NYCości
Był mój cykl analiz losu klasy robotniczej
Z PRL z uzyskiwaną wolnością tu w USA

Poznajmy Się czytać na stronach Kurier Plus
Przez Google coś sto biografijek godnych
Owida bo też rzeczywiście o niczym innym
Temu dziełu nie chodzi - jak samo wyszło

W trakcie – niż metamorfozy byłem w gorszej
Sytuacji nie miałem mitów jak Owid
Z każdego Polaczyny w piekielnym kotle
Dzielnicy wydedukować zyski i straty

Ich przemian z chirurga w windziarza
Z oszusta w adwokata z baby od mioteł
W pierwszą wiedźmę Salonów Urody
Z legendarnej Zośki kto to wie co ona dziś nosi

Jeśli czegoś w tym kotle brakowało jak soli
Do życia to wartości kasa widać to mało
Miłość myślę podziała uzdrawiająco
Miłość zawsze młoda zawsze rzadka miłość

Bezdomna wśród rodaków Szekspir i Julianna
Pewnie kto pomoże da dach da śniadać
Improwizującym na skraju lunatykom
Jeśli o ich dniu i nocy pisać na żywo z tygodnia

Na tydzień w Kurierku kawuś i i herbatek
Szansa dla Polonii en mass coś zrobisz
Nawet jeśli nie zrobisz nic
A to co uczynisz określi kim jesteś ty ty ty i ty

Kim Polak Nowojorczyk kim homo homini
Lupus niestety niestety niestety miłość
Wprawiła w szał dzielnicę co trzęsie się
O value swej harówy zgryzoty i zbrodni

Składanych na osiem procent w Unii
Polonia jakby mogła to by nas dwoje
Wpuściła w suchą studnię patrzeć 24/7
Słuchać jak trzeba nam ich dobrej woli

Bez kiwnięcia palcem no może przy cynglu
I oto wasze przemiany rodacy w wolności
Drwić z dwóch serc bo jedno oszukuje
A drugie jakby ślepe 48 lat różnicy

Choć Julianna nie była już przecież
Pierwszego dziewictwa no cóż
Człowieczeństwo ja wtedy niestety dla Polonii
Straciłem tyle że angielski we mnie był przeżył

Po haniebnej porażce w próbach
Wprzęgnięcia Kuriera w akcję z miłością
Za skarb istnienia
Jak to dobrze że nie wszystko co ludzkie to ja

Wspominam tę porażkę w kontekście FB
Medium żyje tobą który mu dajesz życie
Hundred Poems’ Reign w retrospekcji
Wymusiła się na mnie potrzebami dnia

Jak pieśń CzasoPrzestrzeni której brakowało
Tylko ust żeby świat przychylił ucha
Czy przychyli czy nie
Wierzę w jedno nic nie dzieje się bez potrzeby

Ale to tylko wiara a czym wiara
Jeśli nie wcielić jej w czyn ocielić się jej dać
Wartościowo korona zobowiązuje
Tylko monarchę inni mogą słuchać lub nie

Laury dla ufności choć i bez niej pewnie
Drążył bym dalej w czas swój świetlisty tunel
Tyle że ślepy na rezultaty
A więc nie jest daremnym Piękno - dzięki

ŁOKCIE

Nie głowy nie dłonie nie genitalia nie piersi
Wzdłuż byle baru reklamujące się
Śmiałym uchyleniem dekoltu
Odsłoniętą zgrabnie kartą do gry

Łokcie mi się gęstą serią przetarabaniły
Przez myśl do prostego pytania
Pyta Richard czy wtedy było lepiej
Niż dziś communism vs capitalism

Jedna i ta sama księga otwarta i wtedy
I dziś nad Polską nie Biblia słucham swych
Ust Kapitał przyjacielu masz go pewnie
Gdzieś tu na półkach to w końcu klasyka

Tyle że moi rodacy wrócili dziś do wstępu
Studiować Marksa w praktyce
Każdy prywatną motyką po 40 latach
Studiowania ostatnich stronic obowiązującego

Dzieła w cieniu atomowego prawdziwka
Z Partią w głośnikach dyktatura proletariatu
Richard znieruchomiał sięgał po pierwsze
Wydanie Kapitału pod kurzem jak dziś

Wszystko pod jego zamyślonym dachem
Teraz otrząsnął się scenicznie dyktatura
Proletariatu ciągnę i demokracja wspólny
Mają grunt większość głosów w urnach

Różnica śmieję się na wyrost cała w łokciach
Richard jakby ich przez moment nie miał
Wydumniał w rysach choć troska szybko
Zachmurzyła dawno wyblakłe w nich słońce

Zaczerpnął głęboko oddechu nie do tyrady
On adwokat po Harvardzie z obrzydzeniem
Do profesji lecz łokciom swoim wiernym
Miejsce zrobić w żebrach połknąć łokcie

I byłoby inaczej czytać historyczną analizę
Albo przez niewidomego lektora z Braille’a
Albo w biegu w pośpiechu do nieodzownej
Prawem historii zdeterminowanej operacji

Wróćmy do reszty ludzkiej anatomii
Głowa otóż pod cranium mieści się wszystko
Co do ostatniego neutrino równe
CzasoPrzestrzeni na zewnątrz słowem

Połowa enigmatycznej wszechrzeczy
Plus plus plus czekam aż Richard podpowie
Plus on człowiek który tę głowę nosi
Z sobie najlepiej znanym planem na jutro

Doniesie głowę do jutra czy nie kiwa głową
Pan domu godząc się subtelnie
Na alarmujący kierunek argumentu
Z Juliusza Cezara wie co czeka ideały

Brutus zabił dla równości a żyje się jak Juliusz
Dla różnic kolej na dłonie twarz owszem
Powali i konia perskim okiem lecz dłonie
Dzieło dłoni trwa dłużej na zawsze w oczach

Tych co po nas czytać z tych dłoni
Straconych już dla woli i narzędzi będą
Co dla nich pożytkiem co trwogą
Genitalia wiadomo Richard nie kryje wstrętu

Karuzela się kręci dzieci najpierw do WC
Co jeszcze piersi owszem odkrywamy piersi
W kobiecie dwa razy za trzecim już lepiej nie
Jeśli nie mieszka między nimi serce

Żeby zamknąć temat mieścimy się cali
Każdy z nas w Kapitale serce jeśli go brak
Łatwo się tu dowiedzieć dlaczego
Richard przeciera okulary a patrzy na mnie

Jakby teraz właśnie bez szkieł oglądał mnie
Po raz pierwszy a więc łokcie przyznaje
Kiwa się jego siwa kształtna głowa lorda
Polski dowcip na good night Richardzie

Pierwszo majowy pochód łokcie w rytm spójny
Z Kapitału w świetlaną przyszłość zdawało
Się u celu o jeden mały kroczek i co
Wolnego im się nagle zachciało łokciom

Kręcę głową za wszystko na co brak mi słów

DO TAŃCÓW LAMPARTA ROTY

Świat świat pięknieje świat
Z każdą mijającą chwilą
Płacz płacz serce płacz
Choć radość radość cię wzdyma

Gatopardo Rota synkowi dać to imię
Choć radość radość wzdyma
Gdzie łono łono łono
Co wzdycha wzdymania

O świecie świetlisty ty świecie
Rota Gatopardo powtarzam drogie imię
Jakby na pogrzebie
Gdzie łono łono wzdycha

Z dala megoć wzdychania
Patrzeć oczu dwu mało
Gatopardo Rota gdzież ono ono łono
Ocząt jego łono co się wzdęcia chęci

Co się wzdęcia chęci
Chęci chęci
Chęci
Gdzież ono

DO LUTEGO MI NIE MINIE

O starości dziś czytać
W przedawnionych tomiszczach
Któż na starość ma czas
Dojrzewać nam raczej bez końca

Czego owoc nie może bo gnije
Musimy ty i ja daj sobie tylko chwilkę
A zaraz zechcesz ich dwie
Nie grzech brać ale dawać na zdrowy

Rozum lepiej młodzi biorą ich jest świat
Starość skąpi choć śmierci nie przechytrzy
Żeby nie wiedzieć jak skąpić
Ono jedno jakby poza prawami Natury

Dojrzewanie rzadkimi stoi owocy
Do lutego mi nie minie dlaczego taki tytuł
Dlaczego to pytać za siebie w tył a po co
To pytać w przód samemu wybrać po co

Wybór to tylko decyzja jeśli nie trzymać tropu
Jak wszystko metoda działa na ślepo
Ona jedna jednak trwać musi continuum
Constant - plon wyjaśni wszystko

POMÓWMY VITALIJ ROZSĄDNIE

Kliczko musi zrozumieć życie inaczej
Niż w ringu z pasem mistrza
Zwycięstwo racji przegranym nie odbiera
A na Ukrainie idzie o coś wiele więcej

Rozsądek radzi uniku konfrontacji sił
Wiele większych niż bokserska widownia
Jakeś taki silny to dźwignij swą działkę
Ukochanej Ojczyzny i przenieś od razu

Do Nowego Jorku krzyknął ktoś zza świateł
Inaczej skończysz się jako bokser
Kandydaci do twych pasów drżą już dziś
A wąs im się jeszcze nie sypie

Nie zdążą jeśli się wplątasz Vitalij
Jak to się mówi w bokserskich szatniach
W sieci układów od których by ci się
Odniechciało sędziów bić gdzie popadnie

Do ostatniego tchu zatłuką tak czy inaczej
Słuchacie pewnie w Kijowie Spartakusa
Samego adaggietta słodka muzyka pragnień
Ja jej też słucham tu w NYCości i wcale to

A wcale nie jest mi lżej niż wam na placu
Inne nam doskwierają dziś braki ja wasze
Znam z PRL wy moich jeszcze nie
Wspomnijcie wy na Solidarność jak wojna

Nad światem wisiała o włos pod Jaruzelem
Tak i wisi teraz tylko włosek cieńszy
Adaggietto jeśli coś skrywa to tylko to
Czego wyrazić nie sposób a za układami dnia

Jutro kryje arsenał tricków muszą istnieć
Takie i w boksie cios trzecią że się
Tak wyrażę ręką w chwili kiedy oponent
Mu już dość sierpowych z dwóch pieści

Bohater narodu do bohatera znasz dobrze
Z ringu te tricki tobie ich nie trzeba
I z tego Kijów jest dumny musiałbyś ich
Używać teraz poza ringiem tam gdzie

Nie walka nie knock-out’y się liczą
A harmonia a pola plonem stały i śpiewały
Przez sen mużiki taka pieśń nie wiem śniona
Pewnie przed „Latem” Breughla w MET

Wpuść w to czołgi najpierw bić się o czołgi
Dalej pytaj tych którzy to widzieli na oczy
Na odległych granicach Wolnego Rynku
Tu ropę sprzątnąć tu heroinę

Ówdzie zbankrutować przemysł w kompetycji
O zbyt gdzie indziej pomoc zapewniać
Po triumfie demokracji capital D
W obsadzie własnych ekspertów

Nie jesteście Narodem niewolników
Spartakusie europeizować się za ruskie ruble
Może trudniej niż za euro
W grę wchodzi jednak pokój

Rosja Europę kocha inaczej niż Ukraina
Oni miłości muszą z każdym pokoleniem
Wybaczać Napoleona
Tołstoj to Homer nawet na fotografii z dworca

Z Hitlerem inaczej z nim o wybaczeniu
Mowy nie ma pamiętać wszystko to oszaleć
A nam oszaleć nie wolno ani tobie Vitalij
Ani mnie nikomu komu drogie jutro

CZARODZIEJSKA GÓRA

Zamiast kopulującej gruźlicy u nas
Przez cienkie ścianki dobiega głucho rytm
Orgiastycznych bębnów i bas
Rytm co pod cranium działa jak taran

Demolki w egzotycznych baśniach
Myśli co szuka wspólni z sensem serca
Na zatracenie strach być sobą bez myśli
Jeśli tak ma walić do nocy przez ścianki

Ustał przerwa trwa tyle żeby zmienić stacje
I bije od nowa ten sam taran Love Me
Love Forever a u mnie właśnie się
Zaczyna koncert skrzypcowy Bacha też rytmy

Nie walą jednak wszyscy naraz w jeden kocioł
Kopytem od siedmiu boleści gdyby mowie
Odjąć słowa a ta dalej splatała narrację
Tak zegar pragnie tykać w zgodzie z czasem

Jak śpiewa całe ich radosne miasto WQXR
Na dzień na godzinę na chwilę ostatnią
Nim powieki opadną na świat na zawsze
Ktoś taran uruchamia na złość Czarnym

Wdowom naszego Przytułku one się pewnie
Modlą Bach się modli tak do dziś jak one
A żadna jak ich jest tu 72 nie waży się
Stuknąć w sufit szczudłem zwłokom cisza

Sią należy na długo przed urną co to
Wchodzi tu na trzech nogach a wychodzi
Na co najmniej na czterech nie licząc własnych
W windzie dni kilka wisi prośba o pamięć

Znowu majsterkuje to nie może być ona
Nie mogę wyobrazić sobie konającej przy
Gałkach walić w Przytułek przez szkło i tynki
Skurwiel tu jeden dogorywa

Światłu naszemu na pohybel ohyda
Premedytowana z precyzją sadystycznego
Chirurga w niepranej czapie kurwa
Kurwa kurwa na amen i kropka jak grób

Do lektury Góry wróciłem z przypadku
Oszołomiony jak jest powtórzyć się
Po francusku jak gdybym spacerował był
Po Davos rzeczywiście tyle potrafi właściwa

Lektura za młodu na wagarach w Ogrodzie
Przy Kopernika wybiera tam młoda Europa
Między diabłem a diabłem i rzeczywiście
Świat u stóp Alp był stracony na kredyt

Nieuniknionej wojny tyle tylko żeby cywil
Zrozumiał sytuację i godził się czy nie
Bo i tak wyboru nie było dane
Ale już na własną bezsilną przecież rękę

Ohyda się piekli 72 Wdowy Czarne muszą
Się uczyć słuchać demolki w pokorze
Albo ohyda sprawi sobie głośniki koncertowe
Nauczy szkielet z wyleniałym futrem tańczyć

Na Czarodziejskiej Górze zanim i on się stąd
Wyniesie na co najmniej czterech podeszwach
Nie licząc własnych ohydnych kikutów
Dziesięć palców a ile uszu cierpi ich przekręty

72 razy 2 skurwiel włącza dalej
Pewnie go leczono na umysł lobotomią
Hakiem wieszaka z pralni pod czoło
Przez nos albo jamą oczną pod cranium

Teraz się mści na Wdowach igłą po płycie
Przebój po przeboju na ubój cichej myśli
Nie wiem stanę w oknie a jak się nie uciszy
Zabiję jak stoję - ciężarem ciała w locie

LWY ZIMĄ

Autentycznym lwom każdy klimat zimą
Przyjmujesz zimę z wyższością godną grzywy
Niech antylopa biega za szczęściem
Gdzie lew szuka cienia i traw

Nie żeby miał szukać skądże lew znajduje
Ze szczęściem to samo szukać go tragedią
Istnieje owszem nie znajdzie jednak szczęścia
Właśnie jeleń który szuka ten zaś który wie

Który wie mądrością bezliku ofiar
Z krwi i kości wiedza dziedziczna z lwa na lwa
Tajemnica świętego spokoju
Ten pozostaje wobec szczęścia ostrożny

Lew nic nie wie o tchórzach
Cuchną identycznie
Lew za żywota tchórz pod kołami auta
Tak zaśmierdzieć potrafi kabinę zima nie zima

Okna trzeba otwierać a nosy zatykać
Jeśli mimo to cuchnie coraz gorzej
Tchórz mógł się nawinąć wokół osi
Hamować co teeeeeraz jeśli rzeczywiście

Szczęście że się lew nie nawinął dziękuj
I ruszaj w zimę dalej...

SERCE BOHATERA

Lubię bohatera dwóch kontynentów
Na starość w Szwajcarii pod wieżą
Twierdza pada nie trzeba wojen myślę
O gościnie u biedującego barona

W Naczelniku buja się podlotek z tytułem
Ale bez posażny Kościuszko co prawda
Zapisał już był 30 000 rubli w złocie
Od cara Pawła za wolność bez wstępu

Do Polski w testamencie czarnym niewolnikom
Żegnając w Filadelfii młodą demokrację co tam
Bez domu trafiać na potrzebujących najłatwiej
A on domu nie miał od dzieciństwa

Testamenty w rozjazdach pisał jak listy
Sprawić sobie krewnych z braku tych
Których wspominał niestety już tylko
W świecie on ostatni w sumie jedenaście

Żaden do dziś nie zrealizowany długi nie
Spłacone Murzyni w USA biedni są jak byli
Naczelnik w twierdzy upadłej bez wojny
Nie cieszył się sympatią rodaków

Mieli mu za złe Napoleona że z nim nie
Ruszył na Moskwę razem wracali byście
Inaczej zdrajco szeptano za nim w Paryżu
A on oficer jeśli coś musi

Przede wszystkim musi dotrzymywać słowa
Własnym raz złożonym przysięgom
Przysiągł stopy nie postawić jak żyje
W Ojczyźnie a droga na Moskwę wiedzie

Z Zachodu przez mosty na Wiśle
30 000 ciążyło na sumieniu niepomiernie
US Treasury owes Kosciuszko this moment
Dlaczego młodości ubogiej nie zapewnić

Ślubu jak pierwszej damie Europy tej o jakiej
Marzył w majakach z polonezem
Od pokoju do pokoju do pokoju szczęście
Ludów w amfiladzie potoczystym krokiem

Dokument jeśli stara twierdza trwa
Wisi tam pewnie na honorowej ścianie
Czemu się bardziej należą honory
Jeśli nie niezrealizowanym testamentom

Istnień większych niż zapomniany baron
Całowała pewnie papier po pogrzebie
Za wieżą chętna ślubom dziewica
A przecież siedem czy osiem lat po pogrzebie

Kiedy z grobu wygrzebać serce bohatera
Przybyli trzej rodacy z glejtem panna
Wciąż trwała panną przy pochyłym krzyżu
Przerażona planem operacji na zwłokach

Broniła godności zmarłego jak wdowa
Kładła się krzyżem na mogile ale że błagała
Po szwajcarsku musiała wybaczyć
Że nie rozumiała jej szeptana trójka

Ofiarowała im pewnie testament wiedząc już
Że posagu z niego nie dożyje oni też
Znać jednak musieli namiętność patrioty
Do śmiałych projektów po śmierci

Nie odjechali z pod wieży aż stara panna
Zemdlała - z sercem w urnie - zwłok
Nie dało by się ukryć na granicach
Tak wciąż cuchły wywleczone nocą z trumny

Do pośpieszanego tępym nożem zabiegu

ZĘBY W SZKLANCE

Starcom sztucznymi szczękami
Zamykać usta wie jeden z drugim
Za dużo czy nie
Wmawiać im młodszy wygląd

Za młodość niech będzie ona i oszustką
Każda dziś starość odda wszystko
Z niechcianą mądrością gratis
Zęby niech będą za darmo tym zwłaszcza

Co nie wiedzą co cedzą klekoczącym dziąsłem
Powiedzieć za dużo najłatwiej jeśli języka
Nie trzymać krótko a podsłuchiwać
Szczerbatych z osobna na to z produkcją

Sprzętu nie nadąży jak Chiny Ludowe
Pełne rąk do pracy przy białych protezach
Starcy cicho czekać nie będą długo
Dać się wyszumieć w demonstracji owszem

Niech za zębami maszerują na Chińskie
Ambasady kryjąc braki za plakatami
W czasie doraźnym Wolność Tybetom
Nawet jak dentali nie dojdą ucichną

Choć na czas obrad nad ważniejszymi
Niż ich problemami a rebours potem
Się coś wymyśli coś w miejsce dentali
Coś więcej niż pizza a coś mniej niż gips

EUREKA

Mózg pracuje nawet kiedy wola zasypia
Dowody w tych tu wierszach
I Amici Miei pozostawia kłopotliwą literę P
Na jutro proszę sprawdzić

A nazajutrz o świcie problem oferuje się
Rozwiązany proszę sprawdzić
Moja wola nie ma z tym świadomie nic
Wspólnego wolno jednak podziwiać

Jej szlachetny głębinowy mozół proszę
Cisnęło się do rymu wieczorem Pierdolić Polskę
Lecz umysł podczas gdy ja zwinąłem się
Pod kołdrą z melationią w limfie

Zaoferował Piękno Pięknem Piękni i Polaka
To i trafia w sedno wszyscy inni sądź sam
Woskiem są w dłoniach słońca
Umysł

Mógł inaczej ręka w rękę z tęsknotami
Poniżej pasa np Piękno Piękni Piękne Panie
Pięknymi Prawdziwie
I nie mógł bym się z brzaskiem

Nie pogodzić z przejrzystą propozycją
Mózg we śnie pracuje reszta anatomii również
Tyle że ręka w rękę z zegarem
Czas młodość pożerać zdrowie chęć na świty

Ta prawda widać umysłowi śpiącego okrutna
Znana już pewnie wszystkim
Innym lunatykom jak kieszeń przez którą
Przez którą przez którą gubi się dzień po dniu

WKURW SIĘ RODZI

Moc truchleje pasuje psom na fotce FB
Z Wałbrzycha – kto mówi że to Wałbrzych
Proszę w ciemno nie bruździć Wałbrzychowi-
Bardziej niż kolęda pieski bez sznura

Szczekać im się dawno odniechciało
Warknąć na głodniejszego wystarczy
Idzie się do Raju bez kosy
A jeśli kradziona żegnać stracony zysk

Człowiek to bez zwrotna inwestycja psiej
Wierności nie warta złamanego kła
Wkurw czyta się zza niemytych okiennic
Nieba szrapnel w plecy przed lustrem

Wkurw to sub-lokator za wentylatorem
W piwnicznej izbie co jasiów muzykantów
Trawi mrozem tak długo
Aż jeden z drugim spalą w piecu gęśliki

A rączkę paluszki co smyczuś pieściły od kołyski
Sprzeda Wkurw jeśli trafić na okazję
Turystom z Saltsburga
Ci po Wałbrzychu rozglądają się za kupnem

Smyczków jak te właśnie w ogniu

Wkurw to lokator plazmatyczny wszystkim
Się udziela w kamienicy do wyburzenia
Tym zwłaszcza bez gwarancji na dach później
Na kąt w piękniejącym na gwałt Wałbrzychu

Jadą już z dala jadą autobusy
Nad Wkurwem ciągną samolot za samolotem
Wkurw musi się rozrodzić wielki większy itd
Zanim wylądują zanim na Wkurwa braknie

W świecie miejsca nie mam nic przeciwko
Wkurw w Krakowie wystarczy zbłądzić
Poza Planty żeby się gęste i szare
Bytowanie Wkurwa wparło do ust

Do ust w gardło i w płuca
Oddycha się Wkurwem pod górę Wkurw
Załka kiedy w radio lecą Tańce Słowiańskie
Dworzaka nieświadom skąd sól

Wznoszenie się oktaw zachwyt zgoda
W coraz spójniejszej ze światem ekstazie
Zapaści wdzięczności łagodne
Jak do ruczaju wieczności im Wkurw

Wrażliwszy tym się straszniej wkurwia
Kopnie radio przed dziękczynnym finałem
A jeśli grają nie u niego
Jeśli słychać Tańce z podworca zza ściany

Ktoś je może nuci za szybą w cichy śnieg
Wkurw ogłasza spółkę z o.o. choć Wkurw
Do spółek nie ma cierpliwości
Żeby jasnym było do czego zdolny jest Wkurw

Zanim się rzeczywiści zacznie rodzić w nim
Coś już zupełnie bez nazwy
Wkurw to tylko pierwsze imię nieodwołalność
Rosnąca w krtani

Globus histericus do eksplozji
Betonowany zaułek
Wałbrzych to nie Wałbrzych
Nie przetrwa Wkurwa wkurwionego

Już bez hamulców hamulce zdarte do krwi
Paznokciami w liniach życia Wkurwa
Paznokciami po odgryzieniu badanymi
Z uporem cudotwórcy bez bożego daru

Może się boże rozmyślisz może nie oszukasz
Połknąć niech się pazur okoniem
Postawi w krtani zgroza się wkurwiać
Bez rezultatów to wkurwia Wkurwa na umór

Wkurw to wizytant co puka do szpiku kości
Jak wlezie plazmatyk jak się już rozgości
Wszędzie indziej po organizmie ofiary
Puka że jest morsem Wkurw puk puk

Puk puk puk przerwa puk puk
Powodów ma dość każdy z osobna poza
Obrębem Plant wie to najlepiej w sekrecie
Ktokolwiek słucha szpikiem morse’a - puk puk

TA WOJNA TOCZY SIĘ PO CICHU

Walka klas to przedwczoraj
Wczoraj bankructwem społeczeństwa
Sprawiedliwego przez wielkie S
Dziś zaś mamy już tylko walkę o zbyt

Z naciskiem na z żeby z bytem nie mylić
Motyka latający dywanik
I słońce jeśli akurat dopisuje pogoda
Śmieje się śmiałek jeden z drugim

Nagrywają śmiech – teraz kupca szukać
Ale tak
Żeby go nikt ale to nikt
Nie mógł był znaleźć wcześniej

GUZIK

Wysiadać niby książę udzielny z karety
Należy z limuzyny CD zapinając guzik
Marynarki świat odetchnie
Nareszcie jest co należy zapięte na ostatni

Guzik i odtąd wszystko potoczy się już
Pomyślnie choć nie po myśli wszystkich
Dlatego też to i lepiej trzymać fason a język za
Zębami guzik zapiąć potem się odepnie i tyle

Z KSIĘGI WIATRÓW

...opuszczony z sensu tworzenia więcej
Stworzyciel trapił się bezczynnością
Zbawiły go własne nie żeby rzec błędy
Ale niedopatrzenia te z Pierwszego Tygodnia

Z namysłem począł ich teraz ujmować
Drzewo co wyrosło nie tam gdzie trzeba
Ścieżkę i klucz powrotny zgubiony
Przez nieopatrzną dziurę w sumie drobiazgi

Z nich jednak z pomyłek z potknięć z nie
Dokręconych muterek składa się
Jak miał to sobie za późno uświadomić
Całe to piękno ulotne żeby nie rzec upiorne

Które stracić przyszło nim zrozumiał
Chciał dobrze
Co czyni...

A W BAŚNI

...a w baśni po tytułem Ludwik Mściwy
Król wybił najpierw kronikarzy
Za co się mszczę pytać radców tronu
Jeśli akt zemsty widzi się bez powodny

Dlatego o królowaniu Ludwika nic więcej
Nie wiadomo psycholog zza katedry
Powinien nam dziś jednak być w stanie
Zrekonstruować przeszłość z badań nad

Czasem teraźniejszym człowiek się przecież
Jeśli zmienia to z góry wiadomo jak
Jeśli znać warunki sąsiadów i okoliczności
Te też zmieniają się mało z czasem

Takich Ludwików mówi mi jeden szeptem
To ja znam całe oddziały na psychiatrycznym
Głową ściany nie przebije ale mściwość
To gorsze niż dziura rzeczywiście

Inna baba dentale przełyka jak różaniec
Modląc się wszystkim o pokaranie gromem
Z jasnego nieba dzieciak mi to kurwa
Najskładniej wytłumaczył mściwy to taki

Co nikomu nie puści płazem choćby i nie
Miał czego dodaje brzdąc w namyśle
Pewnie mu pupa wciąż dokuczała po laniu
Psów o mściwość pytać się przecież nie będę

Inwalidy lepiej albo tych co to zawsze mają
Rację żeby prawda konała na ich oczach
Racji nie popuszczą tacy mściwi na prawdzie
Tych pytać może wiedzą więcej...

ŻONA PANA REJTANA

Pisze się identycznie Rejtan pani
Rejtan wiecie ta z pod 8-emki
Żadna kpina
Ukłonić się rankiem dzień dobry

Pani Rejtan gdy ta w oknie ceruje
Mężowskie koszule pana małżonka ulica
Co prawda nie zna może to ten może
Tamten co wszedł pod 8-kę we wtorek

Taki pan Rejtan widocznie zajęty
Koszul łatać rozdzieranym swetrom
Szukać po sklepach odpowiedniej włóczki
Tylko pani Rejtan nadąży z robotą

Kostium łatać co go pan Rejtan pożyczył
Na wieczór z teatru była by sobie w oko
Szydło wbiła słysząc nad fastrygą
Jak się pani ma pani Rejtan od przechodnia

Którego wcześniej nie widziała owszem
Przechodnia jednak musiało spieszyć coś
Na ślepo czasu dziś brak na więcej
Niż uprzejmość niechby się nawet

Cerująca wychyliła za nim za okno
Od czasu jak pan Rejtan wziął swą godność
Na serio za honor małżonka z rosnącą
Ciekawością odrywa oczy od strzępów

Za takim spojrzeć co by od Nie i Nie
I Po Moim Trupie wolał zgodne owszem owszem
Na owszem dlaczego nie wstąpić na herbatkę
Ale nie dziś nikt nie ma chwili dla manier

ALGEBRA SZLACHETNOŚCI

To ta gdzie suma większa będzie
Niż ilość komponentów
Stara baśń uśmiecha się z wyrozumieniem
Alchemik cierpiący konsekwencje na starość

Mnie jednak nie idzie o marną starość
O pracę życia co czas przemienia żmudnie
W kopalnię diamentów na palcu
Pojutrze po pierścień sięgniesz już nie ty

Już raczej dwuwiersz rym nie do zapomnienia
Nieskończoność jest niczym przy wieczności
Wieczność jednak w nieskończoności
Potrafi się zgubić nie tracąc nic na wymiarach

Mało zniknie z tobą w magazynie z urnami
Jeśli nie dać jej kształtu trwalszego niż dłoń
Zanim na oczy spadnie śnieg nicości
Alchemik broni lat straconych nad retortami

Szczęśliwym jak to ujmuje trafem zasnąć
Przy próbówkach daremnego zaklinania
A oczy otworzyć do złamanej tajemnicy
Porcelany wartości wszystkiego złota w Polsce

Nie jestem cynikiem w dzisiejszym tego
Słowa sensie bliski mi jest szkołą rzymskich
Filozofów altruistyczny żebrak w progach
Senatu ćwiczyć człowieczeństwo w togach

Co droższe niż kruszec z kolonii suną tam
I z powrotem przez próg
Najwyższy w Cesarstwie do ustaw
Aplikowanych dołom w poczuciu własnego

Bezpieczeństwa w bezkarności jeśli edykt
Służyć ma tylko temu który pieczęć nosi
W fałdach cięższych niż dłoń i pióro w dłoni
Cynizm dzisiejszy to rezultat banicji filozofa

Z życia senatów jego głos liczy się najwyżej
Tyle co każdy inny na forum podnajmowanym
Z miesiąca na miesiąc przy ruinach więzienia
Do dziś ruiny noszą imiona paznokciami

Zębem w palcach drapane w niemych głazach
A to na pohybel todze a to z modlitwą
Do wolności – ba - do togi żeby ją zarzucić
Sobie jutro do zemsty na ramiona żeby

Wszechmocne pieczęcie przybijać gdzie
Nie przybić to tyle co togowania rychły kres
Banicja filozofa ponieważ altruista nie myśli
Tylko o sobie odludek ponieważ

Ponieważ wiem co masz na myśli śpieszy
Z zamyślenia alchemik zło stroi się w majestat
Skłaniać do posłuszeństwa tyle tylko krwi
Ile wytoczyć jej się musi między edyktami

By posłuszni już mogli wysłuchać kolejnego
W dalekich kopalniach kruszcu soli i diamentu
Alchemia jak inaczej słowo wolność znaczy
Z pieczęcią w palcach a jak gdy u kostek

Dzwoni kolczaste żelazo to straszne ale cóż
Wolność godzi się jak umie bo musi
Ze sprzecznościami wewnątrz treści słowa
Słucham a na usta prze mi sześć słów

W łacińskim było by ich pewnie tylko cztery
Minimum dla siebie maximum od siebie
Formule tej nie w głowie własne zyski
Pieniądz to raj biedoty o co więc jej idzie

To klucz a raczej nielegalny dziś wytrych
Do jutra tego globalnego decydować ci
Z kluczem w dłoni czy jesteś lepszą
Czy gorszą połową wszech istnienia

Za każdym razem gdy przyjdzie do zamku
W drzwiach jutra wszelka inna alchemia
To łatwizna przy tym opłakana w skutkach
Powtarzać radę tak długo aż sześć

Jej komponentów przerośnie w treść
W tę treść która dziś jest co najwyżej snem
Cenzurowanych słowników sekretnym
Kręcimy głowami - i nie ma innego klucza

A WIDZICIE WY

Inni widzą w dziurawym garnku dziurawy
Garnek śmieszysz ich znajdując garnek
Koroną drwią gdy składasz ją sobie na skronie
Ale królować w garnku rzeczywiście

Oto monarcha - tego nie spróbuje żaden

1
EROTYK NA KRECHĘ

Pod tym tytułem konkurs się ogłosił
Wczoraj na FB bodajże z Wałbrzycha
Odpisałem organizatorce natychmiast
Poniższy wierszyk ustawić we wstępie

Poziom artystyczny tak że po lekturze
Nikt by się nie ważył robić mi konkurwencji
Taka ta trzpiotka z okienka powabna
Że bym po prostu zabił

Gdyby miała przyznać nagrodę nie mnie
Ale cóż nie minęła nawet jedna minutka
A poniższy erotyk zniknął z jej TL
Bez echa– dlaczego – proszę oto on

2
EROTYK PRZYKŁADOWY

Na krechę czyli na kredyt
Może da kiedyś na prawdę
A na razie pod księżycem
Erotoman pokłada się solo

I do samogwałtu śpieszy
Uczynne palce doświadczone
Joyce radził onanizm na wyobraźnię
Ale nasz chwat ma jej i tak za dużo

W dodatku chorą na orgazm alchemiczny
Dziura po sęku mu w trumnie wystarczy
Kiedy przyjdzie pora lecz póty co
Jednego serca mu brak – by zabiło własne

Sęk jednak w tym że ma wybredny gust
Przeleciał wszystkie Miss Universe ’72 – ‘14
Damę z Łasicą przed snem od święta i za
Każdym razem wstrzymuje się z wytryskiem

Nimfy i Muzy tak nie dokazywały przy Apollu
Jak z nim dokazuje harem widm
Ostatnią zdzirą nie wzgardzi nasz bohater
Bo może to właśnie jesteś ty


3
EROTYK W KOLEJCE

...a pan Tadzio ten to się zoperował
Sam kradzionym skalpelem
Taki jest nieśmiały
Że inaczej nigdy w życiu

Nie poznał by co to piękna płeć
A pieśniarz słynny jak pałę liże mikrofony
I na bis powtarza Gwałt Na Narodzie Gwałt
Choć że on impotent to niezbity fakt

znaczy się winny jak zwykle kto inny
ten zbyt biedny świadka sobie zapewnić
przy zbiorowym gwałcie że to nie on
i tym sposobem drwić dziś z kary śmierci

to nie wdowa co w kolejce w miednicy swej
mięsi przyśmierdłą mielonkę
wdowie idzie o kość
klienta zaraz za nią a ten z przodu też

żeby nie stał od parady niech choć puści wiatr
niech się wypną zady rzeźnik zza lady
radzi najlepiej stanąć po viagrę
tam od razu wiadomo za czym

nie trzeba czytać z ręki i pieści trzon tasaka
na to się licealista z końca kolejki
ofiaruje z usługami pół ceny taniej od viagry
A niewidomi piszczy ci mylą się naumyślnie

Że się białe szczudło obok unosi nad głowy
Tłukąc przy tym neon wprost na rozłożone
Podróbka w tłuczonym rżnie się z piskiem
Zachwala swoje facet od budki

z cukrową watą aż się paniom majtole cukrzą
do dowcipu na to zmieszał się szeregowiec
co tu ukrywać na baczność z lufą całe życie
księży owszem lubi ale się z tym nie obnosi

co dziwne ksiądz spowiednik za karkówką
ani strzygnie uchem ani powieką mrugnie
ani się zaczerwieni to państwo wy nie wiecie
starzec dawno głuchy bajerować go

nie musisz na klęczkach
struga rozgrzeszoną sportowa szpara od
oszczepów i chcicą hula w hula-hop to mało
jakby sam dionizos tu stanął

ani byście cnoty wy niechciane pytały który to
taki by was opętał czar
obojętne byle by zaraz teraz i tu
a jednak najgorsi są ci którym wciąż uchodzi

na sucho z praktykami na myśl o jakich ogier
carycy Katarzyny by się kopytami zaparł
kręci głową OO7 z pod 6-ego klepie broń
i puszcza oko niby to do kiszki

tyle dobrze że nie padł ani jeden brzydki
wyraz pociesza łono swe po wyjściu
z masarni stara panna w drodze na tajski
masaż ta od kundelka z kokardką

wiecie co to zdechł jej w palcach...


4
A GDZIE EROTYK KLASYCZNY WE DWOJE

Pyta jury konkursu pytam czy z prokreacją
Czemu nie spróbować choć to temat ograny
Oto on fura mięcha umordowany dniówką
Wali się w małżeńskie pielesze

Nie może już nic ale coś tam jeszcze jak musi
Wydoli jak go połowica z nerwów
Wypieści słodką matnią z nerwów w długach
Szmata cicha leży jak się nie chce jej zżąć

A ta się drze i drze jakby za ścianką
Mieszkali głusi a wiadomo to kto wynajął
I po co nie wie czy w ogóle może zajść
Niech ją bada i zapładnia i stu ginekologów

Przez najnowszy sprzęt
Żeby się medycyna miała dwoić
I troić przed jej niewdzięczną macicą
Czy on musi tego słuchać noc w noc

I kto wie kto za ścianką też i jak się rano
W robocie pokazać jak jaki zużyty kondon
Bądź że ty cicho szmato niewyżyta
Albo na ulicę ty pędź to ja do roboty nie będę

Musiał już wcale a kochał cię będę obiecuję
Wypoczęty w przerwach i na urlopie
I wtedy dopiero bez bicia może ty zrozumiesz
Co ja za mąż do czego potrzebne nam dzieci


5
MIŁOŚĆ FILOZOFICZNA

Prycha kicha z pod latarni zdejmując stanik
Żaden mi jeszcze nie proponował takiej
Coś pan buja kochaneczku stówa na stół
To mi pan wyjaśni a jak nie to szantaż

Stówa to za mało unosi się klient
Ja gdybym był tobą ciągnie w żartach
To bym nie wziął ani dwóch i trzech tłumaczy
Filozoficzna znaczy z dystansem

Niech mi pan tu nie wyciąga teleskopu panie
Bo to kosztuje extra majtki z papieru
Do sroca i zaraz będę z powrotem pan pali
Dycha za dech ale niech się pan nie boi

Na pewno lepsze niż filozofia filozof liczy
Drobne żeby oszczędzić na słowach
Niech da pociągnąć za darmo bo wierzyć
Każdemu na uśmiech to przecież nie on

Miłość filozoficzna nie mylić z agape
To wszystko co o niej dotychczas wiadomo
Choć wiele mają ze sobą wspólnego
Na przykład co pyta przez lustro

Zza uchylonych drzwi łazienki masująca się
Po igle córa sępa i szczura i pierdzi
Słodko nie powiem zauważa klient
Odkrywając w sobie pasję do nieprzyzwoitych

Woni wciąga w płuca wszystkie jakie tylko
Było powietrze w tanim dziurawym pokoiku
Nadyma się raczy kiwając palcem nie
A nie pierdnij ty znowu dziewczyno z wysp

Zanim się nie nasycę tym pierwszym
Filozoficzna kontynuuje wątek z wydechem
To miłość bezinteresowna ale ty
Ty się dziewczę z wysp nigdy jej nie nauczysz

Żebyś ty rzucała latarnię co noc i po sto razy
Wrócisz pod nią może nie żeby spotkać mnie
Ale że tylko z pod niej mnie znasz
Gdzież byś ty mnie szukała mów że ty no gdzie

GRECHUCIE

Ważne są tylko te dni na które wciąż
Się czeka śpiewamy za tobą Marku do dziś
Usta co śpiewać chcą a milczą
O dniach tych coraz ważniejszych

Tych których nie będzie tych właśnie
Wartych pogodnej piosenki
Gdyby ustom zezwolić na szczerość
Rymowały by tych wartych wartych istnienia

Lubię to! Skomentuj2 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale