Z CYKLU: PONIEDZIAŁKI Z CYWILIZACJĄ
Cze Ziomy!
Ja jestem Majkel i napewno mnie znacie, a jak nie znacie, to znaczy, żeśta chomąty i brakuje wam ogłady czytelniczej, bo byłem szeroko prezentowany w nowożytnej literaturze polskiej, a nawet moją osobę omawiano w pracy magisterskiej, która zasługiwała conajmniej na Nobel Prize (właśnie z powodu Mnie).
Jestem nowożytnym Polakiem, a od pozostałej części starożytnie usposobionych Polaków, którzy w swojej większości przypominają wory z prosem, różni mnie to, że dużą część swojego życia spędziłem na wojażach po Europie, a nawet dalej. Od dwa tysiące piątego, kiedy nas wpuścili, udałem się na wyspy anglikańskie autokarem z Małkini, biznesklasą, z uprzednią rezerwacją ultra-wygodnego miejsca z widokiem na to, co się okurat za oknem daje wypaczeć, o ile nie jedzie się po ciemaku (a zazwyczaj się jedzie).
Swoją dzisiejszą światową ogładę szlifowałem w londyńskiej dzielnicy Streatham, na flacie, na którym to razem z ośmioma (a czternastoma w porywach) współobywatelami dzieliłem los emigranta, ale nie los powszechny, a wyjątkowy, jako że robiłem za funkcjonariusza kulturalno-oświatowego. Można w umysłowym skrócie określić moją misję jako wchodzenie z kagankiem oświaty pod szczechy. Swoją wyjątkową pozycję kulturową zawdzięczałem przeważnie umiejętności szczelenia z kamasza w żyrandol z półobrotu.
To że od kaganka strzecha się ostatecznie zapaliła to już inna historia i ja osobiście nie poczuwam się do winy. Winne były naprężenia materiału ludzkiego, na którem to przyszło mi orać na ugorze, a więc tępota i oszołomstwo współlokatorów. Spuśćmy parawan milczenia na incydent w ramach którego po schodach domu w dzielnicy Streatham, z czwartego piętra, gdzie zlokalizowany był flat, zjeżdżałem z dużą prędkością ja, a za mną moja walizka wykonana przez zręcznych rękodzielników w Chinach, dlatego przewiązana sprężyną z zestawu do rozciągania ku pożytkowi mięśni klaty. Wyszczały z kamasza okazały się daremne, bo jak mówi znane ludowe przysłowie: ‘na brony to i orczyk nie pomoże’.
Wobec szalejącego widma kryzysu na wyspach anglikańskich oraz wyzysku ludu pracującego przez kapitalizm, zdecydowałem się odebrać zgromadzony majątek i powrócić na ojczyzny łono. Majątek odebrałem w okienku banku HSBC, bo w bankomacie odmówiło jedorazowej wypłaty ze względu na zawrotność fortuny. Moja miała się toczyć kołem, jako że eksluzywny autobus zwrotny już trąbił. Zanim odjechałem w siną dal, główny ekonomista HSBC pogratulował mi finansowego wyczucia i wręczył kopertę z fortuną, którą to kopertę umieściłem w przedniej kieszeni spodni, bo świat bywa podławy i ktoś mógłby zajumać.
W cyklu moich wykładów, które zaproponowała mi Fundacja, będę się starał rozwieść nad róznymi suspensami (czy jakoś tak) cywilizacji z rzutu widzenia zaproponowanego przeze mnie osobiście, a to wszystko w kolejnym rzucie poziomym na moje różnorodne doświadczenia, które mnie spotkały po powrocie na łono. Z perspektywy człowieka otartego w świecie stwierdzam, że dużo jeszcze zostaje w Ojczyźnie do zrobienia.
W zeszły czwartek, dajmy na to, udałem się z uprzywilejowanego mieszkania rodziców, gdzie tymczasowo podnajmuje mój stary pokój w oczekiwaniu na spełniającą moje oczekiwania ofertę willi z basenem (cena nie gra roli), do położonego nieopodal dyskontu spożywczego z artykułami luksusowymi, gdzie zamierzałem dokonać wyboru zestawu win Szaden-ef-dupa-Pę, jako dodatku do degustacji przygotowanego przez rodzicielkę schabowego z ziemniakami i surówki z kiszonej kapusty, czyli jak zwykle.
W celu pokonania odcinka z punktu A do punktu B, co powyżej opisano, zmuszony byłem do pokonania jezdni dwupasmowej wyposażonej w sygnalizator świetlny. W miejscu mojego zamieszkania, które ma charakter a la-uzdrowiska, ruch drogowy występuje w małym natężeniu, jako że nie są tu zlokalizowane żadne zakłady produkcyjne, po ulicach auta jeżdżą rzadko, a i to najczęściej w okolicach świąt kościelnych, które miejscowy, kudłaty zabobon kultywuje mimo pracy ogranicznej wykonywanej przez pisma ulotne i periodyki codzienne.
Tego dnia żadne swięto zabobonu nie występowało, więc wobec nieistnienia natężenia ruchu przeszkodę pokonałem sprawnie, osiągając bezpiecznie przeciwległy do miejsca startu krawężnik.
‘Obywatelu, dokumenty poproszę’ powitało mnie na przeciwległym krawężniku, a dobiegło mnie z ust umundurowanego przedstawiciela tubylczej administracji, któren wraz z kolegą (również umundurowanym i zaopatrzonym w gwizdek trzymany pomiędzy nieogolonymi polikami) wyłonił się z środka krzaka kosodrzewiny alpejskiej posadzonej na środku trawnika.
‘Hello!’ odpowiedziałem wyniośle, żeby administracja miejscowa zdała sobie sprawę, że nie przelewki, przeszukując jednocześnie kieszenie w daremnym trudzie znalezienia dowodu osobistego, który w tym samym czasie leżał u mnie w starym pokoju na mahoniowym biurku przy którym piszę powieści.
‘Jak pan nie ma dowodu, to jedziemy na komisariat’ powiadomił mnie drugi z umundurowanych, kiedy tylko wypluł gwizdek spomiędzy nieogolonych policzków. Po wypluciu okazało się, że gwizdek nadawał mu powagi, bo bez niego wyglądał jak żłób wyprofilowany kłonicą.
‘Ale w jakiej sprawie?’ zapytałem szczerze zaskoczony, bo o ile dobrze pamiętałem to wyrok w zawiasach z dwa tysiące czwartego upłynął bezkonfliktowo w dwa tysiące siódmym, w czasie kiedy wojażowałem po Europie, a nawet dalej.
‘Obywatel nie rozróżnia komunikatów sygnalizacji świetlnej?’ zapytał ten bez gwizdka.
‘Ależ i owszem’ odparłem ze zwyczajową godnością.
‘To jakie światło było?’ rzucił agresywnie ten profilowany, a do tego bardziej upocony i pachnący na odległość kilogramem sera pleśniowego.
‘Nie wiem’ odparłem z wrodzonym luzem. ‘Nie patrzyłem, bo w zasięgu wzroku, a więc ze dwa kilometry w jedną i tyleż w drugą, nie dało się stwierdzić nie tylko obecności pojazdu napędzanego siłą silnika spalinowego, ale nawet roweru. Trudno, żebym stał przy tych pasach, jak ten wór z prosem, skoro się spieszę, bo w domu dochodzą ziemniaki, a schabowe zaczynają się przypalać’.
‘Ha!’ zakrzyknął ten z gwizdkem, który dyndał uwieszony na czerwonej sznurówce pośrodku wydętej jamy brzusznej, ‘To czy jedzie, czy nie jedzie, to nieistotne jest. Istotne, że przepis stanowi, że jak świecą na czerwono to stajemy jak wryci, a jak na zielono, to galopujemy wprzód, byle szybci... Dodatkowo przepis wprowadza światło żółte, abyśmy mieli czas na reflekcję nad zawartością przepisu i myślowe przećwiczenie sekwencji: bodziec-reakcja. Nie ma obywatel nic na swoje usprawiedliwienie’.
‘Ale w Londynie, w dzielicy Streatham, gdzie byłem szanowaną postacią publiczną, przechodzi się jak się uwidzi, bez względu na sygnalizator, a jedynie w związku z istnieniem bądź nieistnieniem zagrożenia, którego realność ocenia się usznie i ocznie...’
Zapadła cisza. Ten z gwizdkiem patrzył z pogardą, a ten bez gwizdka z nienawiścią.
‘Słyszałeś, Henio? W LONDYNIE (podkreślił podwójną przerywaną) na czerwonym łażą!
‘W LONDYNIE!’ parchnął ten zagwizdkowany. ‘Na czerwonym!
‘Tu, obywatelu, nie LONDYN (cały czas podwójna przerywana), ale Małkinia i w Małkini na czerwonym się nie łazi, tylko stoi i czeka na refleksję po otrzymaniu komunikatu żółtego oraz galop po otrzymaniu komunikatu zielonego’.
‘Ale dlaczego? Odważyłem się zapytać.
‘Bo ja tak mówię!’ ryknął ten z gwizdkiem.
‘Bo taki jest przepis!’ zawył ten bez gwizdka i zaczął się pocić.
No a potem pojechaliśmy na komendę; po komendzie do domu, żeby pokazać dowód i przyjąć z obywatelskim zadowoleniem mandat pięćdziesięciozłotowy (dżizas! Dziesięć funtów szylingów!), a pozbywszy się w ten sposób napastników spożyć odgrzanego schabowego z odsmażanymi ziemniakami i zimną surówką z kiszonej kapusty, czyli jak zwykle. Szaden-ef-dupa-Pę został póki co na półce w dyskoncie spożywczym z artykułami luksusowymi.
A w okolicach five o’clock pojawił się z wizytą u moich wstępnych wujek Eugeniusz, znany rodzinny dziwoląg, który wszystkie płaszczyzny swojej kawalerki, tak poziome jak i pionowe, pozapychał książkami, do tego w wielu językach, w tym w co najmniej dwóch językach nieżywych (sick!). Rodzicielka streściła z bólem w głosie po stracie pięćdziesięciu złotych wypadki wczesnego popołudnia, a wuj po wykonaniu pokazowego frasunku mimicznego zwrócił się do mnie z następującą odezwą (streszczam nawet to, co nie rozumiem):
„Droga zakało rodzinna! Wszystko, co nam się w życiu przytrafia, powinno nas skłaniać do refleksji, z której z kolei powinniśmy umieść wywieść jakąś naukę. Niechże i te pięćset złotych równe trzem czwartym emerytury Twojej matki stanie się zapłatą za życiową lekcję. Poddając wypadki dzisiejszego przedpołudnia naukowej wiwisekcji (????? – włożyłem w usta palec zdziwienia, który u mnie ulokowany jest przy stopie prawej - Majkel) widzimy wyraźnie, że mamy tutaj do czynienia z konfliktem cywilizacyjnym w czystej postaci. Co zadziwiające, w zderzeniu ze słupem z zawieszonym na nim sygnalizatorem zachowałeś się, siostrzeńcze, właściwie – ku mojemu zadowoleniu. Widać tu działanie ciśnienia cywilizacyjnej tradycji, którego nawet długoletnia przynależność Twojego ojca do ORMO nie była w stanie całkowicie wyeliminować.
Otóż zawieszony przez lokalną administrację sygnalizator świetlny przekazuje nam wiadomość o możliwym zagrożeniu. Ta wiadomość może być prawdziwa, a więc zagrożenie może być realne, bądź nie. Ocena stopnia zagrożenia i ryzyka związanego z przedostaniem się na drugą stronę ulicy należy do nas, o ile traktuje się nas jako dorosłych ludzi obdarzonych wolną wolą i zdolnych do ponoszenia konsekwencji własnych zaniechań i działań. ‘Ostrzegam, że na drodze może pojawić się pojazd mechaniczny na kursie kolizyjnym’ zdaje się mówić sygnalizator świetlny ‘ocena zagrożenia i wybór należy jednak ostatecznie do Ciebie, w końcu to twoja pupa’. Tak powinno być w świetle zasad cywilizacji łacińskiej, do której przynależymy...” tu wuj jakby się zawahał „wydawałoby się, że powinniśmy przynależeć...Napotkani przedstawiciele administracji umundurowanej przynależeli do cywilizacji odmiennych, co wnoszę z opisu zdarzenia i faktu wymierzenia kary. Ten, który powoływał się na przepis był czystej wody bizantyńcem, który uznaje obowiązywanie normy za pochodną jej urzędowego wytworzenia i namaszczenia, a bez związku z moralnością i zdrowym rozsądkiem; drugi natomiast – ten, który powoływał się na swój autorytet płynący z wykonywanej funkcji - był klinicznym przykładem turańca. W cywilizacji turańskiej decyduje argument siły w miejsce siły argumentów, i tak było w jego mniemaniu i tym razem.
Występowanie umundurowanych przedstawicieli administracji, uzbrojonych w środki przymusu bezpośredniego i uprawnienie do nakładania dotkliwych kar finansowych za przekraczanie norm sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, jest oczywistym dowodem na okupację cywilizacji wyższej przez niższą. Quod erat demonstrandum!” zakończył i zażądał kieliszeczka czegoś na nostalgiczny nastrój, czym wywołał wybuch zainteresowania ze strony mojego rodziciela, który żwawo przyłączył się do obrony cywilizacji, nostalgii i postulatu kieliszeczka.
No i tak to. Nie powiem, że mnie nie wujowa przemowa nie tknęła, a już tym bardziej z powodu tych dziesięciu funtów szylingów, które rodzicielka wypłaciła z emerytury, bo ja swoją fortunę zainwestowałem tymczasem w przedsięwzięcie dla finansowych krezusów Amber Gold. Zyski gwarantowane stuprocentowo, bo tam wokół to się nawet rodzina samego Tusku-zajebisty-taki-kul kręci, więc lokata pewniejsza jak w szwajcarskim banku. Póki co czekam na zwielokrotnienie mojej fortuny do poziomu conajmniej Rockefelara, więc musze posiłkować się emeryturami wstępnych. A teraz jeszcze ta wujowa okupacja! Żeby kurcze z tego jakiejś zawieruchy nie było, bo znowu zostanę na lodzie, jak Zabłocki na mydle!
Wasz Majkel
ROLEX




Komentarze
Pokaż komentarze (19)