Cze Ziomy
Co mnie się dzisiaj przytrafiło to tak klasycystyczny dizasta, że jeszcze teraz mi się ręce częsą, takoż zalewam się potem, jak pomyślę. Zaczęło się niewinnie. Dokonując comiesięcznego przeglądu moich paszportów dostrzegłem, że ten pierworodny, z orłem w koronie, który ma zwyczaj się ścierać i zanikać, utracił ważność w związku z upływem czasu. Dlaczego paszport traci ważność nie wiem, przecież się nie zmieniam z Malinowskiego w Kowalskiego. Tak myślałem wstępnie, ale po dłuższym namyśle doszedłem do wniosku, że to wszystko przez tych dżenderowców. Malinowski się bowiem w Kowalskiego nie przedzieżgnie, ale Malinowski w Malinowską to już tak, niestety. I potem jest baba z brodą, jak tym w sejmie Rzplitej. Swoją drogą niby w tej zagranicy taki postęp, że aż pęd, a baby z brodą w żadnym zagranicznym sejmie nie uświadczysz, tylko u nas. Musi, żeśmy w przedniej gardzie tego pędu, co może się skończyć wyrżnięciem w jakiś betonowy ogranicznik. W każdym razie, niezależnie od baby z brodą, a nawet baby z wąsami i bokobrodami, paszport widocznie uległ samo-unieważnieniu i cza było coś z tym tynfem zrobić.
Podjąłem więc podróż do urzędu w celu wymiany paszportu samo-unieważnionego na obowiązujący, abym w razie co mógł wrócić do Zjednoczonego Królestwa, bo na skutek długoletniego w nim pobytu sam mocno się skrólewiczyłem, podniebienie mam wydelikacone, i mało mi co w Ojczyźnie smakuje, no może parówki z Lidla. Zdjęcia mojej podobizny wykonane przy okazji pierwszego nieudanego podejścia do matury włożyłem w tylną kieszeń spodni i punkt dziewiąta byłem na końcu kolejki do okienka, którego oznaczenie numeryczne wskazał mi uprzejmie Pan Portier urzędujący na parterze w budzie szklanej z napisem: „Agencja Ochrony Kark”.
O jedenastej znalazłem się na wprost szyby za którą siedziała baba. Ruda, natapirowana, i gotowa rzucić się ku grdyce, gdyby nie była szczęśliwie oddzielona od ludności pancernym szkłem. Drżącą ręką wewsuwłem mój samo-unieważniony paszport przez szparę. „Da bodanie” wycedziła Ruda sepleniąc z powodu wykałaczki, którą badała przestrzenie międzyzębowe. Dałem. „Czy zdjemcia”. Wewsuwłem. Założyła okular i nuż lustrować, a to mnie, a to podobizny. „Nie podobny” warkła tak zamaszyście wewsuwając zwrotnie moje czy oblicza, aż jedno poleciało na linoleum i musiałem se panokcia zniszczyć, żeby zdrapać. „Jak niepodobne, jak to ja?” zapytałem uprzejmie zdziwiony. „Jak mówię, że niepodobny, to mówię!” ta się na mnie wydrze, aż przysiadłem, a obywatele w ogonku zarechotali przymilnie. „Pójdzie na dworzec kolejowy i zrobi uwspółcześnioną podobiznę, a potem wróci, to się zobaczy...”.
Kopłem się z buta na ten dworzec, bo co? Szczęśliwie był ulokowany nieopodal. Wysupłem ostatnie zaskórniaki z mojej fortuny i szczeliłem sobie pięć fot w takiej budce, co przypominała Toy-Toya, tylko zamiast fekaliów była wyposażona w idioten-kamerę. Kopłem się powrotnie do urzędu i o jedenastej czydzieści znów byłem na końcu ogonka. O pierwszej była przerwa śniadaniowa, ale nie dla ogonka, tylko dla Rudej. Żarła kanapki, a ogonek przełykał ślinę, bo stał godzinami o suchym pysku. Potem siorbła z termosu i daję całą swoją fortunę, że musiało jej nieźle dawać po tapirze, bo trząchało nią, jak po klinie.
O czternastej czydzieści znowu znalazłem się przed obliczem. „No” warkła „wyglądał jak przecier w słoiku i dalej wygląda”. Znaczek skarbowy za pinć”. „To poproszę” wzruszyłem ramionami, aż mało se uszu nie przyczasłem, i wyciągem już te ostatnie pinć zeta. „Gdzie mię tu, chamstwo?” zawyła, jak bawół ugodzony dzidą Zulucha. „Na parter idzie do kiosku i nabędzie znaczek u moi siostrzenicy! Następny!” No i znowy się kopłem, a w zasadzie zwlokłem na tyn parter, żeby zająć miejsce w ogonku po znaczki skarbowe, które ostatecznie pozyskałem o czeciej czydzieści. Wlazłem z powrotem na czecie pietro i ustawiłem się w ogonku po raz czwarty. O szesnastej Ruda czasnęła okienkiem i tyle ją widzieli, a już byłem drugi! Zdruzgotany jak Andrju Gołota po walce z murzynem obrałem kurs na ekskluzywną dzielnicę, w której podnajmuję elegancki pokój od wstępnych. Chciałem, londyńskim zwyczajem, zajechać pod mój rodzinny lokal taryfą, żeby ziomy na dzielni widzieli, ale na postoju stały same rzęchy i strucle, więc z godnością podnająłem autobus podmiejski.
W autobusie stałem obok pana the bus drajwer, i jakoś tak od słowa do słowa zeszło na urzędy. Opowiedziałem historię swojego upodlenia, a pan the bus drajwer pokiwał głową ze zrozumieniem. „Widzisz pan” zaczął na przystanku, jak już skończył palić papierosa. „W normalnym kraju to ludzie płacą podatki i z tych podatków rząd opłaca urzędników; znaczy się to ludzie dają im robotę, za co – tak na chłopski rozum – powinni być wdzięczni i uprzejmi, służą przecież swoim pracodawcom.
„Ja tam jestem cywilizacjonistą” ciągnął pan the bus driver przystając, żeby przepuścić przechodnia; „wyczulony jestem w temacie urzędów. Jak tak było jak pan opowiadasz, to znaczy że Ruda była sowieckiego chowu wsobnego. W kulturze sowieckiej nie istnieją stosunki państwo-obywatel, ale stosunki władca – poddany, a hierarchię ustala się tłukąc po mordzie – kto silniej tłucze, ten ma szansę siedzieć wyżej, oczywiście za przyzwoleniem wyższego szczebla, aż po najwyższy. Urząd to taka ekspozytura władzy, której głównym celem jest przypominanie petentowi, że dla władzy jest nikim, znaczy: śmieciem. Żyby ta wiedza była powszechna, powszechna musi być też konieczność ubiegania się o wszystko w urzędzie. Niby wiele wolno, ale po podstemplowaniu, a stemplowanie dokonuje się po upodleniu i zeszmaceniu. Dobra strona tego wszystkiego jest taka, że dzięki urzędowi wiesz pan przynajmniej, gdzie żyjesz”.
Poinno być, panie, tak: w cywilizacji łacińskiej urząd jest mój i dla mnie, a urzędnik służy mi pomocą. W turańskiej, a sowiecki chów wsobny, której pan doświadczyłeś, jest jej klasycznym przykładem, urząd służy dyscyplinowaniu i deprawowaniu członków hordy; w bizantyjskiej wykonywaniu władztwa państwa nad człowiekiem i kontroli jego poczynań. W tym ostatnim przypadku w urzędzie może być nawet miło, a ‘Rude’ bywają uprzejme, tyle że i ‘Rude’ i petent związane są gąszczem drobiazgowych przepisów, więc nawet pomimo miłej atmosfery życie staje się nie do zniesienia, a najdrobniejsza sprawa potrafi być niemożliwa do załatwienia”
Pan the bus drajwer pożegnał się ze mną serdecznie życząc i mnie i sobie rychłego wytarzania Rudej w smole i pierzu (skąd mu takie rzeczy do głowy przychodzą? Może to stąd, że jest tym cywilem-pozycjonistą? Łotsoever). W każdym razie muszę do tego urzędu kopnąć się jeszcze raz jutro, o ile wstępna wysuple jakiś datek na bilety z emerytury. Moja zarobiona na skafolding fortuna spoczywa w skarbcu firmy „Amber Gold”, która to firma pomnaża mój majątek do poziomu Rokefelara. Ostatnio coś nie odpowiadają na majle, ale pewnie dlatego, że urobieni po łokcie tym mnożeniem; a już tym bardziej, że pomnażają również dla pana premiera, zajebistego-takiego-kul. Pan premier to pewnie nie wie, że mu tu na prowincji Ruda taką porutę robi, bo jak by wiedział, to by na pewno zareagował z siłą wodospadu. No nic, jutro spróbuję raz jeszcze, a wy, Ziomy, czymajta palce na krzyż za mnie, co by się z tą Rudą udało.
Nara




Komentarze
Pokaż komentarze (21)