W ramach naszych cotygodniowych spotkań cywilizacyjnych nie można nie zająć się tak modnym dziś tematem, jakim jest obowiązek szkolny, jego przymus oraz urzędowe określanie, jakich to przedmiotów i w jakim zakresie dziecko powinno się uczyć, a jakich nie.
Mało jest takich zagadnień, które rodziłyby aż tak daleko idące konsekwencje i kontrowersje, i mało jest zagadnień aż tak istotnych z cywilizacyjnego punktu widzenia. Zacznijmy, a ja obiecuję, że będę się starał o temacie ‘clare et distincte’, bez – w tym wypadku zbędnego – ‘baroku’.
Cywilizacje znały bardzo wiele sposobów odpowiedzi na pytanie: ‘czyje dzieci są?’. W starożytnej Sparcie na przykład, a więc w typowej cywilizacji militarystycznej, dzieci były ‘wojskowe’, czyli państwowe, co szczególnie ‘dotykało’ chłopców, ale dziewczynki też. Podobnie jak w Sparcie, było i jest w totalitaryzmach, takich jak narodowy niemiecki socjalizm, międzynarodowy sowiecki socjalizm oraz postępowy europejski socjalizm. Z grubsza chodzi o dwie rzeczy: po pierwsze, żeby indoktrynować i wychowywać w duchu radosnego łożenia na leni i pogodnego umierania za państwo i władzę w razie potrzeby. Po drugie, żeby ogłupić, co jest oczywiste, jeśli przyjrzymy się temu, kto nami rządzi. Głupcy u steru władzy jak ognia boją się ‘mądrali’ na dole, którzy z łatwością mogliby im władzę zabrać, bo nie pozwoliliby sobą manipulować.
Ponieważ w państwie wolnych ludzi zazwyczaj jedno z rodziców zostaje w domu, wychowując dzieci (zazwyczaj zgodnie z prawami natury matka), a turaniec lub biznatyniec nie może do tego dopuścić, więc trzeba wynaleźć ‘potrzebę powszechnej edukacji’ i nałożyć daninę na jej zrealizowanie. Daninę wysoką na tyle, by już nie jedno, ale obydwoje rodziców musiało iść do pracy, by utrzymać siebie i swoje małoletnie dzieci. Kółko się zamyka, bo kto miałby siedzieć z dzieckiem w domu, skoro nie ma w nim rodziców? Pomysł, jak widzimy, się znakomicie samouzasadnia, tworząc klasyczne błędne koło.
W ten sposób osiąga się dwa cele: masowe ogłupianie dzieci i młodzieży oraz masowe zdobywanie pieniędzy na realizację pomysłów kolegów z rządu i poza nim (nauczycielom daje się ochłapy, bo przecież nie mogą być zbyt mądrzy, a nie daj Boże - szlachetni). To zawsze działa, o czym wiemy z historii, kiedy to pierwsze, masowo wychowane państwowo pokolenie Niemców wybrało sobie za kanclerza Adolfa Hitlera, a pierwsze pokolenie narodów sowieckich, doświadczywszy powszechnej edukacji (poprzedzonej eksterminacją nie nadających się), masowo szlochało nad trumną kryminalisty Stalina.
Jak było zanim nastały czasy socjalizmu, w którym tak przyjemnie nam się żyje? Różnie. Pomijając Spartę i inne totalitarne wynalazki, dzieci zazwyczaj przynależały do rodziców w konsekwencji obserwacji, że to rodzice ponoszą koszt utrzymania i wykształcenia małoletnich, i to oni oczekiwać będą rewanżu na starość. To tworzyło pewnego rodzaju zdrową więź, bo nawet w tych rzadkich przypadkach braku miłości działał zwyczajny ‘interes’.
Podległość dzieci rodzicom niekiedy przybierała dość daleko idące formy, kiedy to prawo dopuszczało sprzedaż bądź oddanie dziecka w niewolę przez rodziców.
Generalnie jednak trzymano się zasady, że związki pomiędzy rodzicami a dziećmi oparte są o naturalne: miłość i zaufanie, inaczej niż w przypadku dziecka i osoby obcej, gdzie tej więzi nie ma (kochamy w większości swoje dzieci, obce zazwyczaj nas irytują). Wychowanie w relacjach rodzinnych dawało rodzicom możliwość dostosowywania metod wychowawczych do potrzeb konkretnego dziecka i dlatego w dawnych czasach nie było ADHD.
Natomiast na barki społeczności lokalnych, organizacji charytatywnych, wreszcie – państwa, składano obowiązki opieki nad dziećmi, które nie miały rodziców (sieroty), bądź nad dziećmi, których rodzice byli złoczyńcami. Z dziećmi nędzarzy było zazwyczaj tak, że oddawało się dziecko/dzieci zamożniejszej rodzinie (częste przypadki jeszcze kilkadziesiąt lat temu, kiedy to np. bezdzietna ciocia brała jedno z pięciorga, żeby wychować i mieć na starość pociechę i wsparcie).
W efekcie Europa przodowała w dzietności, populacje gęstniały. Nasz kontynent miał wielu potencjalnych geniuszy, bo im więcej dzieci się rodzi, tym większe prawdopodobieństwo, że urodzi się geniusz ;)
Z jakichś bliżej niejasnych dla mnie powodów Europa (a generalnie: cywilizacja post-łacińska, pogańska) zdecydowała się zakończyć żywot i wymrzeć. Może to z jakiejś choroby wściekłych ziemniaków?
W każdym razie w dzisiejszych czasach dzieci odbiera się w coraz to młodszym wieku, a w procesie edukacji już nie tylko się ogłupia, ale i deprawuje. Rodzice (też w swojej masie wychowani w systemie państwowej oświaty) poddają się temu terrorowi, zamiast urządzić krwawą jatkę tym, którzy realizują takie zbrodnicze pomysły.
Zauważmy, że w systemie niewolniczym (naszym) urzędnik państwowy, który ogłupia i deprawuje, nie ponosi żadnych konsekwencji ogłupienia i deprawowania (sic!), bo to nie on będzie do końca życia rodzicem osoby ogłupiałej i zdemoralizowanej. Rocznik za rocznikiem seryjnie produkuje się coraz to podlejsze jakościowo pokolenia, a rzesze urzędników dostają pensję, emerytury i inne ‘dodatki’ związane z nauczycielskim etatem i rzekomym etosem (poznałem również wspaniałych nauczycieli i wiem, że tacy istnieją, z tym że oni istnieją wbrew systemowi i na przekór).
Aby deprawacja była zupełna i kompletna, a czas izolacji od rodziny dłuższy, do ‘nauczanych przedmiotów’ dodaje się coraz to nowe głupstwa i narzędzia służące demoralizacji.
Warto w tym momencie wspomnieć ‘nauki o seksualności’. Idiotyzm i zbrodniczość tych nauk jest oczywista. Dla uzasadnienia potwornej zbrodni na dziecku, jakim jest zamach na jego wrażliwość, stosuje się zestaw argumentów, który jest równie podłej jakości jak i sama zbrodnia.
‘Rodzice’ - mówią przestępcy - ‘nie mają kompetencji, by nauczać seksualności. Od seksualności jest specjalista, najlepi profesur Struś-Wyleniałowicz, albo Pawlina Wywłocka’.
A niby dlaczego, że się zapytam? A badał kto Wyleniałowicza albo Wywłocką, czy aby z nimi tam wszystko w porządku, i czy czasem nie lubią tych nieswoich dzieci ‘za bardzo’? A może sobie chcą masowo kochanków i kochanki wyprodukować? A ile sami wychowali dzieci? A z jakim skutkiem?
Jeśli ktoś jednak domagałby się dowodu na to, że programy deprawacji nieletnich są przygotowywane przez idiotów, to bardzo proszę. Otóż minister ustala, w jakim wieku dzieci mają być ‘uświadamiane’ (rzecz jasna im wcześniej, tym lepi). A dziecko dziecku nierówne; jedno się rozwija szybciej, drugie wolniej, inna jest ich wrażliwość i warunki środowiskowe. Co po jednym spłynie, w psychice drugiego spowoduje spustoszenia.
Człowiek to również istota biologiczna; jeść, wypróżniać się, rozmnażać uczyć go nie trzeba, a jak ktoś uważa, że trzeba, to niech odda niemowlę do specjalisty, bo inaczej dziecko umrze z głodu (jeść nie nauczony, albo jak już je, to pęknie, bo nie wie, jak się pozbyć zjedzonego). To, czego trzeba je uczyć, to kultury, bo tym się różnimy od zwierząt. I w imię naszej ludzkiej godności musimy pracować z dziećmi po to, by wrodzone instynkty ‘przystroić’ w szatę konwenansu, ale również i romantyzmu (może być nawet sentymentalizm). A więc uczuć, bo bez nich żaden związek nie będzie trwały, tak jak nietrwałe są związki ‘tęczersów’.
Inny głupi argument jest tej natury, że ‘wicie, mamy problem, bo wymieramy, więc jak nauczymy seksu to, rozumicie, więcej dzieci będzie, i będą zachrzaniać na nasze emerytury’. Jak wprowadzano pierwsze programy deprawacji seksualnej, to gadane było ‘na aborot’, to znaczy, że trzeba powstrzymać rozmnażanie się, prawda, ‘rasy ludzki’, bo się narobi za dużo i surowców nie stanie. Dlatego uczono, jak nie ponosić naturalnych konsekwencji zachowań prokreacyjnych, czyli pojawienia się potomstwa. To i wymieramy. A widmo głodu i nędznej starości patrzy w oczy. Zachęcam do zrobienia zestawienia tempa przyrostu naturalnego z podziałem na kraje i geograficznego rozkładu ‘osiągnięć’ deprawatorów.
Cywilizacja łacińska stała i stoi na stanowisku, że małoletnie dzieci są rodziców, a innym wara. Nie ma nic lepszego dla dobrej edukacji niż wielorakość systemów edukacyjnych, w tym na pierwszym miejscu powinna stać edukacja domowa (tania, dobra i uczciwa, bo jaki rodzic pozwoli na ściąganie?). Nie ma nic lepszego dla zawodu nauczycielskiego, niż wolna konkurencja, w ramach której to rodzic ustala, kto (o ile w ogóle) ma mu pomóc w wychowywaniu i kształceniu dzieci, i za ile.
Na starość to właśnie dzieci utrzymują rodziców, i bardzo radzę to wziąć pod rozwagę, bo – bardzo przepraszam, że tak brutalnie – w kasie pusto i nie ma takiej siły, żeby w przyszłości wystarczyło na wypłaty emerytur (matematyka prosta), chyba że ktoś jest ciemny i wierzy, że przylecą Marsjanie i dadzą nam takie specjalne roboty socjalne, które będą na nas robić. Jeśli ktoś w to wierzy, to powodzenia życzę.
A dla ‘normalsów’ mam na koniec jedną dobrą i jedną złą wiadomość. Dobra jest taka, że jest jeszcze czas zanim się zdegenerujemy i wymrzemy, a zła, że, na mój rozum, to kwestia jednego, może dwóch pokoleń, więc trzeba się spieszyć.
Wasz Rolex




Komentarze
Pokaż komentarze (14)