Nie mogę doczekać się pierwszej wiosennej burzy.
Wezmę parasol albo rower, albo nic nie wezmę.
Po co się obciążać.
Powietrze ciężkie, ciężarne.
Za chwilę skropli się z wysiłkiem
Ale ulga.
Najpierw pojedyncze krople, a potem jak u mistrza Alfreda....
Napięcie narasta.
Kiedyś jechałam ścieżką rowerową, kiedy rozpętało się piekło.
Jak blondynka zatachałam rower pod drzewo (sic!)
Na szczęście blondynka malowana odwiesza się szybko i wrodzona inteligencja podpowiada, że działam na własną szkodę.
Wytachałam rower spod drzewa i jechałam pół godziny w strugach deszczu, na którego nie znajduję odpowiedniej nomenklatury.
Przy eksplozji piorunów walących z częstotliwością - jeden na dwie sekundy.
Czy się bałam?
Sama, na przestrzeni kilku kilometrów - sama, bo wszyscy logiczni wcześniej uciekli.
Czy się bałam?
Może odrobinę.
Przeżyłam.
Z ubraniem ważącym szesnaście ton, jak zmokla kura, z włosami płaczącymi na policzkach - przeżyłam.
Trzymajcie za mnie kciuki - dziś rozpoczynam sezon.
Bardziej boję się ludzi niż natury.
Ale i to przeżyję....;-)


Komentarze
Pokaż komentarze (2)