Ostatnie dni spędzone w szpitalu w charakterze dostarczyciela mandarynek, kawy, fajek i dobrego słowa.
Na szczęście coś, co wyglądało na bardzo poważną sprawę, okazało się jedynie ostrzeżeniem, kopniakiem od Szefa, bo czasem jest miłosierny.
Szpital, budynek użyteczności publicznej, żadną miarą palarnią, wydawałoby się, być nie może, a jednak.
Klatki schodowe służą nie tylko do komunikacji tym sprawniejszym, do okupacji nałogowcom jak najbardziej też.
Czasem chodziłam dla towarzystwa z chłopakami na fajkę, choć dawno już nie palę.
Przy oknie, na kratach ktoś umocował w pojemniczku z wodą różę. Chyba dość dawno temu, róża już sucha.
Oddział, na który chodziłam jest oddziałem o dość dużej śmiertelności, co dzień do Szefa odchodzi parę osób.
Czemu ta róża tam?
Czy to miejsce uświęcone pamięcią ostatniego papierosa, ostatniego pocałunku, ostatniej rozmowy, uścisku dłoni ostatniego?
Nie wiem, usiłowałam zasięgnąć informacji wśród pacjentów
Nikt nic nie wie
Wczoraj ostatnia wizyta
Nie mogę przestać myśleć o mężczyznach, którzy zostali w tamtej sali
Obaj bardzo poważne przypadki
Jeden podarował mi bursztyn w spirytusie, drugi obiecał owoce na wiosnę
Jesteśmy umówieni i mocno wierzę, że się im uda.
Piotr dzisiaj został przewieziony do szpitala onkologicznego.
Wczoraj przyniosłam mu maleńkiego słonika, wzięłam jego dłoń w swoje ręce mówiąc, że przyniesie mu szczęście, że wierzę w niego i że moje myśli i modlitwa będą cały czas przy nim.
Zamykając jego dłonie na słoniku zaklinałam rzeczywistość i wszystko co możliwe.
Niemożliwe też
I tylko w takich chwilach nasuwają się pytania
Czemu nie cenimy tego, co mamy i czemu inwestujemy w coś, co wartości nie ma wcale?


Komentarze
Pokaż komentarze (60)