Mój ś.p. tata zmarł 10 lat temu w wieku 71 lat. Był człowiekiem, który przez całe życie ciężko pracował w gospodarstwie rolnym, najpierw u swojego ojca, potem 4 lata u Niemca, po wojnie u siebie, a na koniec u syna. Nie miał ani jednego dnia urlopu i zwolnienia lekarskiego (ojciec nie pił alkoholu i nie palił papierosów). Ponieważ w PRL-u trudno było utrzymać 5-osobowę rodzinę z 8 hektarów, zatrudniał się także do najróżniejszych prac sezonowych. W ostatnich latach dotknęła go choroba Parkinsona. Najpierw stawał się coraz mniej przydatny w gospodarstwie, a potem wymagał już opieki. I z tym nie mógł się pogodzić. Swojej niesprawności nie akceptował, czuł się upokorzony. Chciał umrzeć. Zbliżała się wiosna, coraz więcej roboty w polu i w oborze, a tu syn musi „tracić” godzinę lub dwie godziny na opiekę nad Nim.
Był zdania, że człowiek musi być przydatny. Wyznawał biblijną zasadę, kto nie pracuje ten nie je. Pamiętam jak oburzał się na tzw. pomoc społeczną i tzw. kuroniówki. Był człowiekiem wierzącym i modlił się o wczesną śmierć, której nie bał się. Dla Niego ważniejsze było gospodarstwo rolne i jego systematyczny rozwój. Pamiętam, gdy modernizował gospodarstwo to najpierw wybudowaliśmy stodołę, potem oborę i chlewy a na koniec dom.


Komentarze
Pokaż komentarze (11)