Anonimowy znajomy ma znajomego zbliżonego do centrum obecnej władzy. Według relacji tego drugiego sprawę załatwiono, po pisowsku, bez najmniejszych ceregieli, w następujący sposób: Wezwany musiał godzinami czekać pod drzwiami wzywającego. Obgryzał paznokcie, wędrował od ściany do ściany małej poczekalni, co chwilę obijał się o liczną obstawę Szefa Szefów i nieźle wkurzał rosłych antyterrorystów. Wreszcie, godziny całe po tym jak ucichły sygnały prezydenckiego najwyraźniej konwoju usłyszał krótkie -następny- zza uchylonych przez służby drzwi. Na chwilę zamarł sparaliżowany strachem o jakim nawet mu się nie śniło. Nie jemu. Po następnym wypowiedzianym wyraźnie rozdrażnionym już głosem- wejść- zebrał resztki sił i odwagi, i udało się. Wszedł.
A kiedy usłyszał - siadaj- to z wielką ulgą siadł na drewnianym i podle niskim taborecie. Usiadł chętnie, bo ledwo trzymał się na nogach, co zauważyli wszyscy -obstawa, służby specjalne i z budzącą trwogę pobłażliwością sam wzywający. Poza tym dalsze stanie mogło zakończyć się kolejnym i może ostatnim już upadkiem.
- No Kurski- usłyszał i zamarł jeszcze bardziej niż był zamarły.
- Będziesz ministrem, a dokładniej wiceministrem- powiedział ON i odwrócił głęboki fotel w kierunku regału z książkami Rymkiewicza, Pietrzaka, Wolskiego itp.
Jacek Kurski, bo o nim mowa, co uważny czytelnik zauważył już trzy linijki wcześniej zamarł jeszcze bardziej i właściwie było już po nim, ale w takich momentach nie zawodził go wyrabiany latami najpierw w Gdańsku, następnie w Warszawie i na koniec w Brukseli tzw. instynkt polityczny. Wyszedł kolejno z pierwszego, drugiego jak i trzeciego zamarcia, otrząsnął się mentalnie jak pies wyciągnięty z przerębli , wracał do pionu jak kot, który właśnie spadł na cztery łapy. Wróciła mu sławna i wyróżniająca go od lat arogancja i dzięki niej, choć graniczył to z cudem udało mu się rozsiąść, rozwalić nawet jak to mówią na taborecie. Wiedziony wspomnianym instynktem, wzmocniony wracającą w miły mu i niespodziewany sposób bezczelnością Jacek Kurski spytał podziwiając solidną tapicerkę tyłu fotela;
- Jakim ministrem Naczelniku ?
Odzyskana właśnie bezczelność pozwoliła wypowiedzieć "Naczelniku" bez cudzysłowia uśmiechu, który i tak nie miałby sensu wobec tyłu fotela. Zapadła cisza, którą Jacek Kurski po raz pierwszy od długiego już czasu spędzał bez strachu, z radością nawet, a polityczny instynkt pozwolił mu świetnie ją ukryć.
Fotel za wielkim biurkiem, caluteńkim pokrytym wielkimi ustawami- domyślał się J. Kurski- obracał się nieznacznie z lewa na prawo, a jego lokator najwyraźniej wodził oczami po grzbietach książek wspomnianych wcześniej autorów. Wreszcie z fotela dobiegło;
- Kiepskim Kurski, kiepskim .
Wyprowadzany przez służby, szczęśliwy min. Kurski nie usłyszał już nawet- następny- które wydobyło się z fotela.
Sprawa została załatwiona. Kultura też.


Komentarze
Pokaż komentarze (4)