Zainspirowany przez przesympatyczną Panią Łyżeczkę prezentuję ten tekst w Salonie 24. Nie ukrywam że z trema nie mniejszą od tej która zawsze mi towarzyszyła w czasie wystąpień publicznych czy to scenicznych czy innych.
Moim ciągle niespełnionym marzeniem jest dom. Duży dom na wsi. Najlepiej drewniany.
Dom z dużym stołem dla całej mojej niezbyt dużej rodziny. Może moje dzieci postarają się żeby było nas więcej. Wiem, że to przejaw mojego kompleksu. Tak jak wszyscy, tak i ja nie jestem wolny od kompleksów. Kompleksu emigracji.
Od pokoleń zmuszani lub z własnej woli emigrowaliśmy. Czy to z powodów patriotycznych czy ekonomicznych czy też dla spełnienia marzeń. Tak czy inaczej w każdym pokoleniu większość moich przodków emigrowała. Na szczęście zawsze ktoś również zostawał, dlatego ciągle jeszcze w Polsce jesteśmy. Dość powiedzieć że mimo że niedawno przekroczyłem pięćdziesiątkę to jestem w rodzinie najstarszy. Ciężka rola. Nawet moja mama, jak już nas wychowała to któregoś dnia stwierdziła że czas na samorealizację i nie wróciła z kolejnej zagranicznej wycieczki. Za PRLu tak się emigrowało. Siostra zrobiła to innym możliwym za komuny sposobem, wyszła za mąż za cudzoziemca. A ja się zawziąłem, mimo że moja żona była skłonna spakować w piętnaście minut i wyjechać do Paryża gdzie studiowała. Był taki czas że miałem rodzinę na wszystkich kontynentach. A w Polsce byłem tylko ja i moja żona. Do dziś więcej nas choćby w USA czy na Litwie niż w Polsce. Można mieć kompleksy. Zwłaszcza osamotnienia. Zawsze zazdrościłem mojemu koledze, Heniowi, z rodziny wielodzietnej. U niego w domu był zawsze taki ruch, tyle się działo. Bieda aż piszczało, ale radości tyle i solidarności, że biada temu, kto by próbował skrzywdzić którekolwiek z nich. Jak szedłem z nimi w niedzielę do kościoła to jakby procesja szła. A u mnie? Starsza siostra rozpieszczona przez dziadków i patrząca na mnie z góry. Kiedy Heniek przychodził do mnie to mu się oczy okrągłe robiły na widok moich zabawek i książek, a ja wszystko bym oddał żeby się z nim zamienić. Z opowiadań dziadków wiem, że mój ojciec przeżywał podobne rozterki.
Babcia często musiała zanosić do sąsiadów obiad dla mojego ojca bo inaczej objadał i tak biednych sąsiadów. Posiłek w towarzystwie takiej rodziny to było coś. A ja co? Nie dość że byłem najmłodszy to jeszcze musiałem zachowywać się jak należy. Nuda i przymus. Czasem udawało mi się załapać na obiad u Heńka, to była frajda, pełen luz i psikusy przeróżne. Potem babcia musiała przepraszać i wstydzić się za mnie ale co użyłem to moje. O niedzielnych obiadach i odwiedzinach znajomych może kiedyś opowiem. Dość że był to koszmar nawet jak przywozili dzieci. U Heńka było po prostu jak w raju.
Ale dość o tym. Nakreśliłem tło moich kompleksów i wracam do tematu.
Duży dom na wsi. Od dwudziestu prawie lat szukam, z coraz większą determinacją. Tyle że teraz już szukam siedziby na emeryturę bo co by nie powiedzieć złego o mieszkaniu w mieście to ze względu na moje marzenie zlokalizowane między setnym a dwusetnym kilometrem od Warszawy nie da się codziennie przyjeżdżać do pracy z takiej odległości.
Duży dom, z dużą kuchnią, dużym stołem i co najważniejsze duuużym strychem.
Bo strych moi drodzy - to jest dar darów.
Zaklęty przez wróżki
W czarodziejski parów.
Gdzie dziecięce marzenia
Jak motyle złote
Ulatują tam wszędzie
Gdzie tylko mają ochotę.
Bitwy się tu toczą
Ze strasznymi smokami
Armie książąt kroczą
Chcą całować się z żabami.
Oczekując nagrody
W postaci królestwa
Wyśpiewują ody.
Tu zwykła podłoga się zmienia
W bezbrzeżne wody.
Gdzie piraci i skarby
Tratwy, rozbitkowie.
Statek kosmiczny
I gwiazd mrowie.
Wszystko, co tylko
Dziecięca wyobraźnia wyczaruje
Tu dziwnym losu
Zrządzeniem, się materializuje.
Tak pamiętam strych w domu moich dziadków. Strych na którym od pokoleń gromadzone były zbędne rzeczy. Czego tam nie było. Nawet zmurszałe krynoliny. Portrety, kufry podróżne, samowary, świeczniki, książki (zakazane, schowane przed dziećmi) dagerotypy, stare roczniki gazet, przedwojenne pieniądze (oj było czym bawić się w sklep). Wstyd się przyznać ile z tego ocalało.
To wszystko oświetlone snopami światła słonecznego opalizującego kurzem.
Był nam sceną i polem bitwy, sezamem i podróżą ku nieodkrytym światom. Dziś już tego zaczarowanego strychu nie ma. Nie ma też tego domu. Takie są koleje losu.
Nie zamierzam walczyć z wiatrakami i zawracać to co minęło. Chcę tylko swojej pamięci przywrócić a moim potencjalnym wnukom stworzyć zaczarowaną krainę strychu.
Myślicie że współczesnym dzieciom przyda się coś takiego?


Komentarze
Pokaż komentarze (6)