Dziś był ksiadz u Mamy, porozmawialiśmy trochę o aktualnościach. Akurat w sąsiedniej parafii zmarł proboszcz i nasz ksiadz opowiadał o pogrzebie , że było 16 księży, że tyle ludzi, no i zeszło na temat śmierci. W ubiegłym tygodniu miał pogrzeb parafianina który skończył 91 lat, jego żona też chyba tyle samo lat miała i właśnie ta żona skarżyła się ksiedzu, że nie chcieli jej dopuścić do zmarłego męża, który zresztą leżał w drugim pokoju. Aby jej nie było żal, czy coś. Opowiedział też o innym wypadku, że bedąc u kogoś wspomniał o śmierci niedawno zmarłego członka rodziny. Poprosili księdza, aby nie mówił o śmierci, bo oni wspominają zmarłego, tak jakby wyjechał na wczasy, albo wyszedł do teatru. To ksiadz się pyta, a mszę to też mam odmówić, za to że poszedł do teatru.
Inny zwyczaj przyszedł do nas chyba z zachodu. Jedziesz na pogrzeb z drugiego końca Polski, pogrzeb 20 minut, jak jesteś z rodziny to zaproszą na obiad, bo stypa to takie nie eleganckie słowo. Msza była oczywiście rano, więc tylko jakaś modlitwa księdza (na wsi jeszcze jakaś babcia odmówi przedtem różaniec) i pokropienie przez niego święconą wodą trumny, potem włożenie trumny do grobu, na to jakieś rusztowanie, karawaniarze narzucą na to kwiatków i do widzenia. Nawet nie ma czasu, aby zapłakać. Aby tylko nie żałować.
Chciałoby się powiedzieć, kiedyś to były pogrzeby.
Ostatnio na takim pogrzebie, byłam, gdy go sama organizowałam dla mego małżonka.
Przywieźliśmy go ze szpitala do domu, wieczorem zeszli się sąsiedzi, aby pomodlić się i pożegnać zmarłego. Moje wnuczki podchodziły i gładziły dziadka po ręce. Nasze dzieci płakały, dorosłe chłopy pozwoliły sobie płakać w głos. Był też moment humorystyczny, oczywiście po czasie, gdy jedna z małych wnuczek, prowadzdziła swoja chrzestną do dziadka mówiąc - chodź ciocia zobacz, dziadek tak dawno umarł i jeszcze nie żyje. Zjechała moja rodzina, aby dzielić ze mna żałobę. Piszę moja, bo rodzina męża to juz miastowa, oddzwonili, że nie przyjadą, bo zbyt by cierpieli patrząc na zmarłego, bo byłoby im bardziej zal. Dla mnie to idiotyczne tłumaczenie. Ale niech im. Była babka do różańca i dopilnowania różnych powiedzmy zwyczajów, takich jak pukanie trumną o próg domu przy ostatnim jego wyjściu, albo o wywracaniu stołków i juz nie pamiętam czego tam jeszcze. Msza była bardzo długa, dużo ludzi poszło do spowiedzi, bo podobno jeśli ludzie, którzy spowiadają się na pogrzebie, wyznają grzech, który miał zmarły to i zmarłemu przy okazji się odpuści. Potem na cmentarzu wszystko jak należy, zasypanie grobu, poklepanie łopatą, ułożenie kwiatów, poświecenie kwiatów i świateł przez księdza, i w końcu stypa. Można było zgłodnieć.
Potem jeszcze powrót rodziny do domu i obowiązkowo zdjęcie juz bez zmarłego. Też taka tradycja. Po latach oglada się takie zdjęcia i wspomina, tego juz nie ma, tego, albo tamtego. Wtedy ktoś może westchnie w intencji tych co odeszli od nas. Bo przy innej okazji i przy oglądaniu innych zdjęć to raczej już chyba nie.
On przeminął
zamówi mszę za niego
w niedzielę
na cmentarzu postawi
kwiatów mało-wiele
rok i drugi w niepamięć
grób w ziemię zapadnie
coś tam wspomni
i westchnie
bo tak jej wypadnie
jeszcze czasem odmówi
wieczny odpoczynek
poprosi
wybacz Boże
nam życie jak winę
i łzę z oczu uroni
ale to już skrycie
i odejdzie aby żyć
i cieszyć się życiem.


Komentarze
Pokaż komentarze (2)