Przeglądając ostatnio posty podlinkowane na stronie głównej, natknąłem się na wpis niejakich uczennic.vii.liceum na temat służby zdrowia. Po przeczytaniu tego tekstu (jak i też riposty na mój komentarz pod nim zamieszczony) stwierdziłem, że temat jest wart szerszego omówienia, bo niestety tego typu zjawisko występuje dość często.
Otóż rzeczone uczennice deklarują się wszem i wobec jako zdeklarowane antykomunistki. Nienawidzą komunistów, postkomunistów i wszystkiego tego, co z nimi związane. Wydawałoby się więc, że muszą nienawidzić samego komunizmu. Otóż nic bardziej mylnego. Wspomniany przeze mnie post stanowi obronę całkowicie komunistycznego modelu służby zdrowia, wedle której państwowa biurokracja jest niezbędna, aby zapobiec wyzyskowi pacjentów przez krwiożerczych kapitalistów, prywatyzacja z definicji jest "złodziejska" i służy tylko temu, aby "układ" się mógł wzbogacić (swoją drogą ciekawym jest przeświadczenie, że dodanie do prywatyzacji przymiotnika "złodziejska" w jakikolwiek sposób wzmacnia tezę o jej niewłaściwości - czy jeżeli zacznę mówić o "złodziejskiej biurokracji", to szanowni antykomuniści z definicji przyznają mi rację?). Ogólnie wyłania się stąd model wszechobecnej kontroli, w której wolny rynek jest wyłącznie machiną korupcyjno-wyzyskową, zaś jedynym obrońcą jednostki jest Dobre i Sprawiedliwe Państwo (aż by się prosiło tutaj o jakieś ładne cytaty z Marksa jeszcze).
Mój zarzut, że przedstawione w poście poglądy są do cna komunistyczne, spotkał się z ripostą, że "O tym wlasnie piszemy, w Kanadzie mozliwa byla pewna "eliminacja biurokracji w państwówce, tak, aby zapewnić jakość służby zdrowia porównywalną z prywatną." To sa fakty a nie przekonania, w przeciwienstwie do Ciebie potrafimy odroznic." Szanowne uczennice nawet nie zdają sobie sprawy, że same strzelają sobie w stopę, pisząc, że za taką państwową służbę zdrowia, jak w Kanadzie, polski podatnik musiałby płacić (uwaga, na _samą służbę zdrowia!_) 720 PLN miesięcznie. To nie dowodzi w żaden sposób jednak, jak twierdzą autorki, że "Polacy musza zacząc zarabiac w Polsce wedlug zachodnich standardow aby moc pozwolic sobie na sluzbe zdrowia w stylu zachodnim i takowe zarobki dla lekarzy." To dowodzi jedynie tego, że dostatecznie bogate społeczeństwo może sobie pozwolić na każdą służbę zdrowia, nawet na niezmiernie rozbuchaną biurokrację państwową pożerającą każdemu obywatelowi ogromne środki. Jest to klasyczne mylenie skutku z przyczyną. Przy tak bogatym społeczeństwie ów rzekomy wyzysk pacjentów przez prywatną służbę zdrowia też nie byłby problemem - przekładając na obecną sytuację, owe 720 PLN wystarcza obecnie na siedmiokrotną wizytę u specjalisty w prywatnej przychodni w Warszawie albo np. dwukrotne wykonanie badania rezonansem magnetycznym. Pytanie nie brzmi więc, czy jeżeli będziemy bogaci, to będziemy mogli pozwolić sobie na państwową slużbę zdrowia - wówczas będziemy mogli pozwolić sobie na dowolną służbę zdrowia. Pytanie brzmi, czy w sytuacji, kiedy bogaci nie jesteśmy, lepszą alternatywą jest przynajmniej częściowo sprywatyzowana, czy państwowa służba zdrowia. Tutaj argumentacja autorek działa mocno na ich niekorzyść - skoro podany przez nie przykład pozytywny dobrze funkcjonującego systemu biurokratycznego wymaga 720 PLN miesięcznie na utrzymanie, to odpowiedź na to pytanie wydaje się chyba oczywista.
Wróćmy jednak do głównego wątku, czyli do owego rzekomego "antykomunizmu". Otóż moim zdaniem na owym przykładzie widać wyraźnie, że ów antykomunizm jest wyłącznie deklaratywny. Sprowadza się on na deklarowanej niechęci do grupy osób (i automatycznie poglądów przez nie wyrażanych) z góry określonych w pewnym środowisku jako "komuniści". Prowadzi to do konsekwencji absurdalnych, w których słowo "komunista" zaczyna tracić na znaczeniu i zaczyna oznaczać... osobę, która została ochrzczona komunistą. Co w konsekwencji powoduje, że często gorliwymi "antykomunistami" są osoby o mocno socjalistycznych poglądach. Tego typu postawy, zarówno w wykonaniu komentatorów życia politycznego, jak i potencjalnych przyszłych polityków są niebezpieczne, bo powodują, że wchodzimy w spirale wzajemnych personalnych rozgrywek - wszelkie dyskusje, zamiast toczyć się na poziomie programowym, toczą się na poziomie personalnym. Zamiast zastanawiać się nad programem, czy jest komunistyczny czy niekomunistyczny, zastanawiamy się nad osobą - czy jest komunistą, czy komunistą nie jest. Zapominając, że owe terminy są terminami wtórnymi i to określenie osoby pochodzi od wyznawanych przez nią poglądów, a nie na odwrót.
I jeszcze mała uwaga końcowa - określanie postaw ogólnie rzecz biorąc abolicjonistycznych mianem postaw "komunistycznych" stanowi niedopuszczalne redefiniowanie znaczeń wyrazów. Ustala bowiem jako kryterium "komunistyczności" nie poglądy gospodarcze czy nawet polityczne danej osoby, tylko jej stosunek do historii najnowszej i wydarzeń Okrągłego Stołu oraz pookrągłostołowych. Co paradoksalnie właśnie z punktu widzenia owego historycznego antykomunizmu jest niebezpieczne, bo powoduje, że ideologia komunistyczna zaczyna z powrotem przenikać do publicznego dyskursu, podczas, gdy większość jest zajęta tłuczeniem owego mitycznego "komunisty".


Komentarze
Pokaż komentarze (11)